Bazylea – puste miasto

Bazylea – puste miasto

Mimo, że przed majówką mieliśmy wolne tylko 2 i trochę dnia, uparliśmy się, że pojedziemy do Szwajcarii.

Zaplanowałam ten wyjazd już dawno temu, ale cały czas wisiał na włosku. W efekcie znaleźliśmy się w Bazylei cudem i jakieś 400% drożej, niż było zamierzone – prawie bez pieniędzy, pakując się na ostatnią chwilę i zupełnie pozbawieni pojęcia na temat miasta. Na szczęście szybko okazało się, że Bazylea dokładnie odpowiada naszym obecnym potrzebom.

***

Jak nikt każdy wie, Bazylea to miasteczko leżące dokładnie na rogu Szwajcarii, Niemiec i Francji.

Dlaczego tam pojechaliśmy? Odpowiedź jest prosta – bo Ryanair dwa miesiące temu przysłał mi maila, że mają bilety za półdarmo. No to wzięłam i przyszło tylko napawać się urlopem.


Zobacz też: Londyn – poradnik pseudoturysty


Szwajcaria cieszy oko już z samolotu. Typowe alpejskie krajobrazy jak z reklamy Milki są suuuuper. Szkoda tylko, że brudna szyba samolotu udaremniła mi ładne nagranie. Z lotniska do centrum miasta jedzie się autobusem cudownie krótko, bo około 20 minut. To też ostatni raz, kiedy zapłacisz za transport w tym miejscu – po pierwsze dlatego, że miasto funduje darmowe przejazdy na cały czas wycieczki (bilet dostaniesz w hotelu). Po drugie – Bazylea jest tak mała, że nie opłaca się nawet czekać na tramwaj.


bazylea jak tam jest


Co zwiedzić w Bazylei? Wszystko!

Po odmeldowaniu się w hotelu, wczesnym wieczorem postanowiliśmy korzystać z czasu i od razu popatrzeć na miasto, a przy okazji zamienić pieniądze na tubylcze. Łaziliśmy po centrum w poszukiwaniu kantoru jakąś godzinę – w końcu postanowiliśmy zapytać dystyngowanego pana z informacji turystycznej (który swoją drogą wyglądał jak żywa reklama Armaniego). No i co? Niespodzianka! W Bazylei jest jeden kantor na dworcu. Poza tym tylko banki, które oczywiście są zamknięte wieczorami.

Jeszcze nie uświadamialiśmy sobie rozmiarów Bazylei, więc zrezygnowani udaliśmy się w tułaczkę do dworca – po 7 minutach byliśmy na miejscu i to już zaczęło wzbudzać nasze podejrzenia. Krótki rzut oka na mapę i okazało się, że w ciągu 3 godzin obeszliśmy wszystko, co było do przejścia w mieście. O ironio – wybierałam hotel kierując się tym, żeby był położony jak najbliżej centrum miasta. Ibis <-> centrum to odległość niecałych 2 kilometrów, ale zwiodły mnie doświadczenia z Londynu. Szybko się wydało, że w Bazylei 2 kilometry od centrum to już prawie przedmieścia. To miasto jest mikroskopijne!


co zwiedzić w bazylei


Moje analizy mapy i próby zrozumienia jak to możliwe, że zwiedziliśmy całe miasto w kilka godzin, sprowokowały sprzeczkę na temat rozmiarów Bazylei. Ostatecznie padło sakramentalne stwierdzenie „Sprawdzę to!” (kto zna, ten wie) i na bogato włączyłam internet w iPhonie. To, czego się dowiedziałam, było naprawdę szokujące.

Bazylea ma 24 km kwadratowe. Nie wiem, czy piszę wyraźnie – 24 kilometry. Londyn ma 1500. Warszawa – 520. Gmina Pcim jest 4 razy większa od tego miasta. Żeby było jeszcze dziwniej – to 3. największe miasto kraju. I liczy sobie około 180 000 mieszkańców – więc gęstość zaludnienia jest ponad dwukrotnie większa, niż w Warszawie, a mimo tego… Tam nie ma ludzi. Bazylea jest pusta. Centrum miasta jest wyludnione, uliczki zabudowane blokami mieszkalnymi puste, restauracje puste, światła w oknach zgaszone. Gdzie podziali się ludzie? Kto to wie.


Zobacz też: Bibury – wioska elfów z Pinterest


***

Miasto jest niesamowite. Cisza i spokój, pełen relaks, żadnego biegu ani pośpiechu. Nawet poranny targ w centrum nie jest zatłoczony. Przez centrum płynie sobie Ren, który dopiero wypłynął ze źródeł w Alpach. W związku z tym, to prawdopodobnie najczystsza rzeka-olbrzym, jaką zobaczę w życiu.

Stare centrum znajduje się po lewej stronie Renu, w tak zwanej Dużej Bazylei. Ta część w przeszłości była rich&fancy i to tu znajduje się większość kluczowych punktów miasta (czyli ratusz, pusty targ i kilka sklepów). Mała Bazylea jest z kolei bardziej energiczna – to tam młodzi ludzie zbierają się na brzegu rzeki, żeby wypić sobie piwo albo zapalić marihuanę kompletnie olewani przez policję.

No właśnie, marihuana. W Bazylei pali chyba każdy, choć oficjalnie to wciąż zabronione. Gdzieś znalazłam średnio wiarygodne szacunki, że marihuanę okazjonalnie pali około 500 tys. Szwajcarów – oznaczałoby to jakieś 95 proc. populacji kraju, w co nigdy bym nie uwierzyła, ale po tym co widziałam (wąchałam) to w sumie jestem skłonna zaufać statystyce… Just kidding.


bazylea jak tam jest


Życie nocne nie istnieje, wszędzie jest ciemno i pusto. Nieliczne światła oświetlają główne drogi i najbardziej centralne punkty, ale większość miasta pogrążona jest w mroku. Nawet w piątek zaraz po zachodzie słońca zrobiło się pusto – pomimo tego, że piękny dzień wyciągnął na brzeg Renu najwięcej ludzi, ile dane mi było widzieć w ciągu tych dwóch dni.

Zdecydowanie najlepsze miejsce w mieście to Wzgórze Katedralne. Można zobaczyć całą Bazyleę, która jest rzeczywiście malownicza i spokojna. Tam także nie ma tłumów i to miejsce jest naprawdę relaksujące. Oba brzegi rzeki zachwycają architekturą i są bardzo zadbane – jak i całe miasto. Widziałam nawet robotników zajmujących się porządnym układaniem kamieni na klombiku!

***

Ten króciutki pobyt uświadomił mi, co kryje się pod pojęciem wysokiej jakości życia Szwajcarów i ze zdumieniem muszę stwierdzić, że nie ma ona nic wspólnego z „dobrym zachodnim życiem”. Mam wrażenie, że Szwajcaria już dawno osiągnęła ten poziom bogactwa, do którego wszyscy tak biegniemy i są o kilka kroków przed nami w downshiftingu.

Szwajcarskie życie wydaje mi się takie… ślimacze. Bazylea – a jak sądzę również inne szwajcarskie miasta – jest niesamowicie spokojna, piękna i relaksująca. Określiłabym ją mianem sanatoryjnej – no wiecie, taki dziadkowy, leniwy klimat idealny do oczyszczania umysłu w odcięciu od świata. Slow life. Chętnie bym tu przyjechała na miesięczny detoks od rzeczywistości, poprowadziła trochę idealnego stylu życia, popracowała z daleka od biura, ale tak na całe życie…? Może na starość.


bazylea jak tam jest