Za co najbardziej kocham życie w Londynie?

Za co najbardziej kocham życie w Londynie?

Tired of London, tired of life

Na Londyn można narzekać bez przerwy – tym bardziej, że narzekanie na Londyn to ulubiony sport Londyńczyków. Imponujących rozmiarów listę tego, czego nie lubię, nienawidzę, nie znoszę i nie cierpię w Londynie (czy w sumie w czymkolwiek innym…) mogłabym spisać w 3 minuty – w końcu człowiek stworzony jest do narzekania na to, co ma na co dzień. Tym razem jednak postanowiłam zmienić zdartą płytę i ujawnić

trzy aspekty, za które kocham życie w Londynie
<fanfary, niebiańskie światło, śpiewają chóry aniołów>

Co kocham w tym mieście? Co chciałabym przenieść do Polski? Oczywiście, że nie fasolę z puszki, pogodę i lisy panoszące się po śmietnikach (nie mogłam się powstrzymać). Wolałabym zamiast tego…


Zobacz też: Londyn – poradnik pseudoturysty (PRAKTYCZNE porady)


zycie w londynie 4

KOMPLEMENTY

Brytyjczycy mówią sobie wzajemnie więcej komplementów i robią to jakoś… bardziej naturalnie. Pamiętam, że kiedy jeszcze mieszkałam w Polsce, często chciałam komuś powiedzieć coś miłego i banalnego, ale miałam jakąś wewnętrzną blokadę. Mam wrażenie, że jeśli między nami, Polakami, padnie niezobowiązujący komplement typu ładne masz okulary, to najpierw następuje obustronne zaczerwienienie, a potem proces przetwarzania: Czy pomyślała, że ją podrywam? Czy naprawdę jej się podoba, czy chciała mnie wyśmiać? Czy serio dobrze w tym wyglądam?

Nie mówię, że w Polsce się tego nie robi, ale mam wrażenie, że w Londynie komplementy sypią się jak z rękawa i w każdym kierunku: śliczna sukienka, ładnie się uczesałaś, dobrze wyglądasz w tym kolorze, fajna koszulka… i tak dalej, czasami nawet pomiędzy nieznajomymi. I nie powiedziałabym, że taki stan rzeczy wynika z jakichś szczególnych zdolności Brytyjczyków – to raczej kwestia treningu, a każdy kolejny raz idzie łatwiej i przyjemniej.

Ciekawe jest też to, że nawet kiedy małe komplementy – dawane i otrzymywane – trochę spowszednieją i stają się częścią normalnego zachowania, to nadal sprawiają taką samą przyjemność: w obie strony.

Kiedyś jednak usłyszałam od znajomego Brytyjczyka, że… Brytyjczycy nie umieją przyjmować komplementów. Zgaduję więc, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

zycie w londynie 2


UBRANIA

Im większe miasto, tym mniej to widoczne, ale jednak w Polsce panuje generalna zasada pasowania do reszty. Ludzie są dosyć wrażliwi na punkcie wizualnej adekwatności i chociaż dopuszcza się wygląd oryginalny, to jednak jest on zamknięty w dosyć sztywnych ramkach i nie należy z tą oryginalnością za bardzo sobie folgować.

Polki na przykład mają na Zachodzie opinię kobiet o dobrym wyczuciu stylu – co w porównaniu z wieloma moimi sąsiadkami miałoby swoje uzasadnienie… Poniekąd jednak wynika to nie do końca z jakichś naszych cudownych atutów, ale w dużej mierze z polskiego podejścia pod linijkę. Chyba wszyscy mamy – bardziej niż przeciętny Brytyjczyk – wytłoczony we wnętrzu czaszki komunikat nie wypada, co manifestuje się nie tylko ostrożnością, ale wręcz zachowawczością w wyborze stroju, uczesania, makijażu. Owocuje to też tym, że na polskiej ziemi patrzy się trochę podejrzliwie na tych, którzy w swoim wyglądzie odznaczają się nutą fantazji.

W Londynie coś takiego nie funkcjonuje. Skutkuje to oczywiście masą ludzi ubranych w sposób, który niejedną z naszych babć doprowadziłby do zawału (poczynając od rzemykowych sandałów w zimie i garniturów bezdomnego noszonych do biura, poprzez siermiężne adidaski do zwiewnej sukienki, aż po stylizacje włosów na kakadu) oraz – ujmijmy to wprost – tym, że ludzie mniej się obawiają wyglądać niechlujnie. Ale sprawia też, że aż przyjemnie jest popatrzeć na niektóre osoby, które ubrane są inaczej – nie krzykliwie, nie tandetnie, nie prowokująco, ale z wielkim stylem, fantazją i indywidualizmem, który w Polsce pewnie byłby uznany za ekstrawagancję.

Być może to rozmiar miasta, być może fakt, że nikt tu nikogo nie zna – i choć może się wydawać, że trochę przesadzam, to jednak w praktyce ta różnica między Londynem a Warszawą jest wyraźnie wyczuwalna.

zycie w londynie 5


SKLEPY Z KSIĄŻKAMI

Nie wiem, z czego to wynika. Książki w UK są nie tylko proporcjonalnie dużo tańsze niż w Polsce – to wiadomo, siła waluty – ale też… dużo ładniej wydane. Do tego stopnia, że wchodzenie do księgarni w Londynie jest dla mnie jak ostra jazda po jakichś piekielnych stymulantach: momentalnie zaczynam się ślinić, a potem drżą mi ręce, głowa obraca się o 360 stopni i muszę natychmiast wyjść na świeże powietrze albo ryzykować nieuchronnym bankructwem.

W brytyjskich księgarniach trudno znaleźć książkę, która nie jest dopracowana, a większość wygląda wręcz jak małe dzieła sztuki. Pięknie, starannie wykonane wydania, cudowny skład tekstu, przemyślane i dopracowane projekty okładek. Jako fanatyk typografii i papieru – polecam. Lub nie polecam, w zależności od tego, ile macie wolnego miejsca na półkach.

zycie w londynie 1


Londyn to trudne miasto, które potrafi wyssać z człowieka całą energię. Jednocześnie jednak mówi się, że jeśli zmęczył cię Londyn, to zmęczyło cię życie i że kto tu raz zamieszka, ten do końca życia będzie uzależniony i już zawsze będzie tęsknić. Ile w tym prawdy – wie tylko ten, kto doświadczył tego miasta na własnej skórze (ale dużo). I mimo, że to miasto jest piękne, to ma tak naprawdę jedną, znaczną przewagę nad Warszawą – mieszkańców, którzy rzadko kiedy będą skłonni przyznać, że coś tu nie działa lepiej niż w każdym innym miejscu na ziemi. Na Londyn można narzekać i psioczyć, ale nigdy przed mieszkańcami innego miejsca na Ziemi! I jeśli coś naprawdę chciałabym przenieść do Polski, to właśnie to:

zdolność Londyńczyków do wychwalania swojego miasta pod niebiosa, choćby wymagało to przekonywania, że śmieci na ulicach nie są brudem, tylko instalacją artystyczną.


Więcej Londynu? Polub FP.