Floating – co to jest i jak się to robi?

Floating – co to jest i jak się to robi?

Mój pierwszy raz w kapsule odpływowej

O tym, żeby tego spróbować, marzyłam od kiedy po raz pierwszy usłyszałam słowo floating. Koncepcja mnie zachwyciła i potem długo miałam ją z tyłu głowy. W końcu udało mi się i spróbowałam. Zacznijmy jednak od początku…


Co to jest floating?

Kapsuła odpływowa to rodzaj zamkniętej wanny, która otoczona jest tłumiącą dźwięki obudową. Duży, ale płytki zbiornik wypełniony jest mocno zasoloną wodą – więc można swobodnie ,,położyć się” na wodzie bez wielkiego wysiłku. Wewnątrz mamy albo zupełną ciemność, albo delikatne, łagodne światła. Podobnie z odgłosami – albo zupełna cisza, albo ciche odgłosy natury. Ta dziwna wanna bywa też inaczej nazywana jako komora deprywacyjna.

Do środka wchodzi się na 30-60 minut, bez towarzystwa i ewentualnie tylko w stroju kąpielowym – ale wskazana jest zupełna nagość. Czas w zamknięciu spędza się na uspokajaniu umysłu i relaksacji.


Po co się to robi?

Przecież można poleżeć sobie na kanapie… Otóż nie – z kabiną chodzi o to, że kiedy zamykasz się w środku i gasisz światło, wyłączasz prawie 100 procent bodźców płynących do twojego ciała z zewnątrz. Nic nie słyszysz, nie czujesz dyskomfortu fizycznego, bo unosisz się na wodzie, nic nie widzisz – jesteś tylko ty i twoje myśli.

Wpływ ograniczenia bodźców zewnętrznych na ciało człowieka zaczęto badać już w latach 70. i wiadomo, że odcięcie na jakiś czas sprzyja redukcji hormonów stresu i wyrzutowi pożądanych – endorfin czy oksytocyny. Człowiek ma się uspokajać, relaksować i wchodzić w najgłębszy stan odprężenia.

Zresztą – czy jest ktoś, kogo trzeba przekonywać, że godzina odpoczynku z dala od wszystkiego NAPRAWDĘ jest dla nas dobra…?

kapsula odpływowa floatation


Jak było? – czyli moja opinia o floatingu

Wiecie co? Ja to tak mam, że czasem sobie o czyms marzę i marzę, a dopiero potem uświadamiam sobie – hej, mieszkam w Londynie. Jeśli tu nie mogę tego zrobić, to gdzie indziej na świecie…?

Ostatnio tak było z próbowaniem ceviche (pechowy strzał), teraz z floatingiem (baaardzo dobry strzał). Cieszę się, że poszłam na tę sesję, było warto i na pewno jeszcze wrócę.

Normalnie sesje kosztują około 100-150 zł za godzinę (mam mieszane uczucia co do tej ceny). Ja swoją wejściówkę kupiłam w promocji, dzięki której mogliśmy skorzystać z dwóch sesji w cenie jednej. Już żałuję, że zabrałam tego niewdzięcznego człowieka ze sobą – ale o tym za chwilę.


I. Punkt pierwszy – po co tam poszłam.

Moje życie emocjonalne na przestrzeni ostatnich kilku miesięcy to prawdziwa parabola. Ciągle biegam między stanem hipermotywacji a skrajną depresją i poczuciem wyczerpania. No cóż, chyba tak na mnie działa nadmiar pracy, siedzący tryb życia i brak słońca. To nie byłoby tak wielkim problemem – gdyby nie fakt, że straciłam umiejętność odpoczywania. Jak ten stereotypowy mieszkaniec dużego miasta, w wolnym czasie grzebię w telefonie i staram się zmusić do jeszcze jednej aktywności, przeliczam wskaźnik efektywności sesji wypoczynkowej i dostaję palpitacji serca z odstawienia – bo jestem uzależniona od bodźców (jak my wszyscy).

No właśnie – bodźce. W komorze jest woda, a w wodzie nie działa iPhone. Mamy pierwszy plus. Po drugie – zamykają cię na godzinę, więc w trakcie nie przytrafi ci się ,,jeszcze tylko zrobię to i już odpoczywam”. Brzmi dobrze. No a po trzecie, ja jestem z natury duszą skłonną do spiritualizmu, medytacji i innych cudów – a podobno koneserzy floatingu zdradzają, że dłuższa sesja wprowadza umysł w stan maksymalnego relaksu zbliżającego do oświecenia… No dobra, bez przesady, nie chcę was zrazić na samym początku.

Poszłam tam dlatego, że floating wydawał mi się naprawdę obiecującą wizją wypoczynku. I to się sprawdziło.

floating komora odpływowa


II. Punkt drugi – czy się bałam.

Jak to ja – bałam się jak cholera. To znaczy nie bałam się, dopóki nie zobaczyłam tej kapsuły… (Tutaj zrobimy mały backflash)

Kiedy miałam może 6 lat, a mój brat 4, wynaleźliśmy nową zabawę. Przeczołgiwaliśmy się pod łóżkiem rodziców na drugą stronę i z powrotem. Jemu szło szybko i zwinnie. Ja wtedy zorientowałam się, że chyba mam klaustrofobię.

Także no. Do dziś uważam, że mam jakąś delikatną formę chorobliwego lęku przed zamknięciem. Szkoda, że ten element nie przewinął się w moich marzeniach o floatingu (no ale w sennej randce z Gerardem Butlerem też nie myślisz, czy widać ci cellulit). Po pojawieniu się w klinice floating SPA wypełniliśmy standardowe druczki, że nie jesteśmy chorzy i poszliśmy z panią oglądać przybytek. Każdy dostał swój pokój wyglądający jak łazienka w szpitalu psychiatrycznym. Standard – krzesełko, kabina prysznicowa, ręczniki w zestawie, żadnych okien, a na środku ONA – kapsuła.

Powiem szczerze, nie będę owijać w bawełnę. Dopiero jak zobaczyłam to coś, to dotarło do mnie, że będę musiała zamknąć się tam sama, w ciemności i na golasa. Przecież ja dostałam paniki, kiedy w zerówce zatrzasnęłam się w szkolnej łazience – chociaż wokół było pełno ludzi. Nogi mi zmiękły, ale co – gram twardziela. Postanowiłam nie popełniać swojego standardowego błędu i dokładnie dopytałam panią z recepcji o wszystko, szczególnie o możliwość otwarcia kabiny od środka, przed czasem, jak zapalić światło i jak działa guzik Panic Button (mają!) – czyli czy pani przyjdzie mnie uratować (przyszłaby).


III. Punkt trzeci – to jak to w końcu działa.

W pokoju z kabiną zostajesz zupełnie samotnie. Rozbierasz się, bierzesz prysznic i wkładasz zatyczki do uszu. Zatyczki nie są konieczne, ale polecam. Bardzo ważna rzecz – zanim wejdziesz do wody, zwiąż włosy i wysmaruj się wazeliną. Mnie trochę wody z włosów nalało się do oczu przy wychodzeniu i bardzo tego nie polecam. Co do wazeliny – używa się jej szczególnie na depilowane partie ciała i zadrapania. Lepiej użyć, niż nie używać, ja nie posmarowałam sobie nóg i trochę szczypało.

Mówi się, że pierwsza sesja powinna być krótsza, bo nie każdy jest w stanie znieść aż godzinę pływania bez wcześniejszego przygotowania. To znaczy, że czujemy się dziwnie i nie możemy wytrzymać – bo cisza i spokój to dla nas dzisiaj zupełnie nienaturalny stan. Mnie ta godzina pasowała, mogłabym poleżeć jeszcze dłużej, minęło mi szybko.

W komorze nie jest głęboko, ma może 20 centymetrów, więc nie trzeba umieć pływać – nie ma możliwości się w niej utopić! Zamyka się i otwiera mniej więcej tak, jak łóżko na solarium – nie trzeba wielkiej siły, żeby podnieść pokrywę. Woda wewnątrz jest nasycona solą Epsom, więc wypiera ciało bez żadnego wysiłku. Trzeba uważać na oczy i twarz, które lepiej oszczędzać przed solą, ale na resztę ciała taka solona woda działa dobrze. Skóra się w niej nie odmacza, więc po wyjściu nie wygląda się jak suszona śliwka.

Pierwsze i ostatnie 10 minut to dźwięki przyrody, a pomiędzy nimi – cisza. Jest tak cicho, że słyszysz własne serce! Niestety, ja wyłączyłam sobie światło dopiero pod koniec sesji, żeby wcześniej trochę się oswoić. Niepotrzebnie, następnym razem wyłączę od początku.

Aha – i jeszcze jedna wątpliwość, która często się pojawia. Tak, kapsuły są higieniczne. Woda jest sterylna, po każdym użyciu albo się ją filtruje albo sterylizuje falami UV.

komora odplywowa floating


IV. Punkt czwarty – co tam robiłam.

A leżałam sobie. Myślałam o niczym i o różnych głupotach. Trochę się porozciągałam na wodzie. I uświadomiłam sobie, że wpadłam w sidła strasznego nawyku – na co dzień próbowałam zamknąć odpoczynek w jakichś ramach (jak, kiedy, jak długo i z jaką efektywnością). W kapsule postanowiłam sobie odpuścić. Jedyne, co mi przeszkadzało w relaksie to ciężka głowa – mamo, ile ona waży. W trakcie normalnego leżenia na wodzie nie powinno się przecież odczuwać bólu w karku, więc chyba po prostu zaszkodziło mi siedzenie przy biurku i czas się rozruszać. Założyłam ramiona za głowę i dalej już nie było problemów.


Jak było?

Było SUPER. Polecam floating każdemu, a szczególnie osobom zestresowanym i zabieganym (jak ja) albo lubiącym odpoczywać refleksyjnie np. na jodze (jak ja).

Floating jest warty pieniędzy i ja będę kontynuować sesje.

Wiem, że używają tego nie tylko ludzie zestresowani i ześwirowani artyści, ale też sportowcy po dużym wysiłku. Wychodzi na to, że floating jest dobry dla każdego. I ja to potwierdzam – no ok, z małymi wyjątkami.

Wspominałam już, że zabrałam ze sobą nieszczęsną, niewdzięczną istotę? Otóż C wytrzymał w wannie 20 minut, bo nie posmarował sobie wazeliną zadrapania na szyi (a mówiłam, ostrzegałam!), a potem siedział i bajerował recepcjonistkę. Także osoby nadpobudliwe i niecierpliwe niech się dwa razy zastanowią.

Ktoś chce iść ze mną następny raz? Szukam zastępczego towarzystwa.


Podobał Ci się wpis? Polub moją stronę na Facebooku!