Gdzie nosi się trykoty – czy jesteś dosyć dobry?

Gdzie nosi się trykoty – czy jesteś dosyć dobry?

Czasem trzeba się odchamić

Wiecie, jak to jest – raz na jakiś czas człowiek po prostu musi się odchamić. Przychodzi ten jeden dzień, na przestrzeni miesięcy, kiedy czujesz, że coś z tobą nie tak.

Jakaś taka ogłupiała się stałaś.

I to jest znak – znak, że dłużej nie wytrzymasz, że trzeba ci kultury wysokiej. Spotkania z Muzami. Weny twórczej chłeptanej u źródła. Właśnie wtedy, raz na miesiąc, czujesz poważną potrzebę wypisania się z popkultury i udowodnienia wszystkim (a przede wszystkim sobie), że twój smak i wyczucie jest o stopień wyżej. Że twój zmysł kulturalny aspiruje do czegoś więcej, niż ocena artystycznej wartości ostatniego teledysku Kanye (,,Ch*jowy był”)

Więc kupujesz bilety do dowolnie wybranego przybytku. Przeznaczasz na nie znaczną kwotę – którą przecież mógłabyś uczciwie przepić lub przeznaczyć na całkiem niepotrzebne rzeczy.

Już sam fakt zakupu odczuwasz więc jak nobilitację: przecież gdybyś rzeczywiście była AŻ TAKIM prostakiem, to nie zdobyłabyś się na poświęcenie dla sztuki, c’nie?

Odziewasz się w porządne ciuchy (i tu mamy kolejny plus! Przecież wiedziałaś, że ta kiecka kiedyś ci się przyda!), przyjmujesz poważny wyraz twarzy i zawijasz pod ośrodek kulturalny. W moim przypadku – będzie orkiestra symfoniczna.

surowi dla siebie


Pan wychodzi na scenę i mówi tak:

– Drodzy Państwo, dyrygent X dziś nie wystąpi…

[Sala: OOOOOOch… Mózg: Kto to jest X…?]

– …ale w zamian za to, dyrygował będzie Y! 

[Sala: OOOCH TAAAK! Mózg: Stwarzaj pozory, stwarzaj pozory, stwarzaj…]


Koncert był fantastyczny. Naprawdę by się podobał. Gdyby nie te wyrzuty sumienia.

Jak to możliwe, że wszyscy wiedzieli, kto to jest X – a ja nie? Jak wielka ignorancja to była? No nie, na pewno X i Y to jakieś wielkie sławy, a ja nawet nie mam o tym pojęcia. No i po co tam polazłaś…? Muszę poszukać, może jest jakaś filharmonia dla najmłodszych. Może mnie przyjmą w ramach wyrównywania szans edukacyjnych. Może pożyczę dziecko od sąsiadki i będę udawać, że ten oto młody Beethoven potrzebuje ukształtowania, a ja tylko pilnuję.

W czasie, który zajmuje mi dotoczenie się do domu, mam już silne postanowienie poprawy. W końcu to nie koniec świata, ludzie zdrowieją z raka i wygrzebują się z zadłużenia – ja dam radę zrehabilitować swój splamiony honor. Następne 5 godzin spędzę na oglądaniu Iksa i Igreka wymachujących batutą, a o poranku będę już nawet pamiętać ich daty urodzenia.


Powieki nie chcą się rozkleić, w końcu cała noc zeszła na kompulsywnej autodydaktyce.

– Wyglądasz na zmęczoną, źle spałaś?
– Nieeee, na symfonii byłam i późno wróciłam.
– Symfonii… To tam co tak tańczą w tych obcisłych trykotach?


KURTYNA








Powinniśmy równać do najlepszych i mieć ambitne cele. Wymagamy od siebie tak dużo, porównując się z nielicznymi, doskonałymi wyjątkami – zupełnie ignorując istnienie reszty, tak bardzo podobnej do nas. Słuchamy pieprzenia o tym, jak dobrzy możemy być i że odpowiedni setup mózgu skazuje nas na sukces. Z każdym słowem motywacji czujemy się gorsi, bardziej niewystarczający, zbyt przeciętni, nie do końca mądrzy, niezupełnie piękni. Nie zrozum mnie źle – to dobrze mieć aspiracje. Ale świat nie dzieli się na doskonałych i beznadziejnych.


Siedzę sobie w kinie, oglądam film oparty na historii bitwy o Okinawę. Normalnie nie znoszę komentatorów – ale ten obok sprawia mi wiele radości. Z wielkim przejęciem opowiada swojej dziewczynie o tym, dlaczego Chińczycy byli ,,złą stroną” w tej walce z Amerykanami. Biedni Chińczycy.