Jak nie przegrać w miłości?

Jak nie przegrać w miłości?

Gdzieś tu czai się oszustwo

Podobno w miłości mężczyźni oszukują, aby wygrać, a kobiety – żeby nie przegrać. Tak powiedział Hitchcock. Nie do końca wiem, co oznaczają te słowa, jednak według nich należy założyć odgórnie, że ktoś skazany jest na oszustwo – albo przegraną.

W dzisiejszych czasach kobieta już nie może mieć potrzeby siedzenia w domu i obierania ziemniaków dla licznego potomstwa.

Bo MA być spełniona.

A spełnia się – jak również powszechnie wiadomo – przede wszystkim na siłowni, w korporacji i wolnych związkach partnerskich, opartych na niezobowiązującym seksie. Kobieta domowa równa się kobieta przegrana i oszukana. Taki standard.


Czytałam całkiem niedawno fascynujący list nastolatki do jednego z bardziej znanych czasopism kobiecych. Dla kobiet świadomych i spełnionych. Z litości nie podam nazwy. List był krytyką matki – kobiety przegranej. Oczywiście z punktu widzenia pretendującej do wygranej, więc został nagrodzony jako List Miesiąca. I stąd wzięła się moja litość dla redakcji – kobieta sukcesu miała 15 lat.

***

Pierwsze słowa, jakimi podsumowuje swoją mamę: otyła kura domowa. Następne – obrzydzenie. Potem już tylko rozbudowana argumentacja, sprowadzająca się do

Mówią, że kobieta nowoczesna powinna…

No, i już wiadomo, co powinna.

***

Wyobrażam sobie teraz wspomnianą mamę. Okrągła, nieumalowana buzia, do bólu zwykłe włosy, pewnie z pozostałościami po farbowaniu, pamiętającymi jeszcze ubiegłe dziesięciolecie. Zniszczone dłonie i wory pod oczami – na pewno. Ubrana w dres albo jakąś jego pochodną formę. Wiecznie zmęczony chód i kiepski humor.

W komplecie do mamy wyśmigany ściereczką, błyszczący domek.


Dwadzieścia lat wcześniej mama (jeszcze niezaklasyfikowana według kryterium spełnienia) poznała tatę (jeszcze nietatę). Zakochali się, zwłaszcza tata – bo mama miała błyszczące włosy i miękkie dłonie. W ciągu kilku lat mama zdążyła wziąć ślub i pochodzić 9 miesięcy – nosząc w swoim coraz bardziej rozciągniętym brzuchu kobietę sukcesu. Potem znowu się zakochała w tym pomarszczonym brzydalu, który jej się urodził i z tego uczucia postanowiła przychylić komuś nieba.

Ale dziecko rosło i rosło, a mama coraz mniej miała czasu, żeby ufarbować sobie włosy, więc porzuciła ten niewart czasu obyczaj – na rzecz ubierania dziewczynki w kolorowe sukienki. Może nawet chętnie dalej by się uczyła – ale kiedy?

Poza tym – przecież to dobrze dbać o najbliższych.

Nadeszły siódme urodziny. Szczęśliwa mama szczęśliwego ucznia przestała się malować. Bo kiedy to robić i po co, skoro trzeba wcześnie wstać, obudzić ucznia, ubrać i kanapki do szkoły zrobić. Potem posprzątać, przypilnować spraw domu, zapłacić rachunki, zakupy zrobić, wypełnić PITy i posprzątać od początku, bo znowu się pobrudziło. Zakłada do tego dres, bo ładnych ubrań już nie ma, a i figura dawno nie ta. O 19:00 już ledwo żyje, ale kolacje jeszcze zrobi i przygotuje obiad na jutro. Dociągnie się potem do kanapy, bo jedyne na co ma teraz siłę, to czytać historyjki o Scarlett, szczęśliwej według ,,Z życia wzięte”.

Czasem pomyśli jak wiele wygrała, a ile poświęciła.

Na pewno myśli o tym czasem. I pewnie mimo zmęczenia się uśmiechnie, że wszystko zadbane, a dzieci mają ciepłe gniazdko.

I mam gorącą nadzieję, że nigdy nie przerzuci się na bardziej ambitną prasę dla kobiet spełnionych. Mogłaby tam przeczytać, że z roku na rok budzi coraz większe obrzydzenie w tym swoim wychuchanym pisklątku.

Poza tym mama do dziś nie wróciła do malowania się rano – tylko 10 proc. gimnazjalistów robi sobie kanapki do szkoły własnoręcznie.

Ciekawe, czy kobieta sukcesu do nich należy?