Kobieta siedzi w domu i zmywa gary

Kobieta siedzi w domu i zmywa gary

Bulwersuje cię to? Niepotrzebnie!

Współczesna kobieta pragnie pracy, pragnie osiągnięć, kariery, spełniania aspiracji i rozwijania ambicji. Zostawanie na utrzymaniu męża jest nieakceptowalne. Jeśli matka siedzi w domu z dzieckiem – jeszcze możemy to zatwierdzić. Jeśli jest bezdzietna, to siedzenie w domu = wyrok i należy taką panią szybko uświadomić i przywrócić na łono rozwoju zawodowego. Albo przynajmniej trochę jej współczuć i uznać za zacofaną kurę domową. Biedna kobieta, zależna od chłopa.

Bo silna kobieta nie siedzi w domu. Kobieta ma prawo do pracy i pracuje! Cieszy się wstawaniem codziennie o 6, żeby przebijając się przez korki dojechać do biura. Tam będzie 9 godzin siedzieć i klepać w Excela, wypełniając też raz na jakiś czas ankietki na temat wibrującego poczucia szczęścia i spełnienia, które odczuwa. A to wszystko z głębokiej potrzeby serca. Na niby.


Zobacz też: Grube, śmierdzące feministki


***

Tak, ja wiem, że kobieta musi mieć prawo do pracy. Że dobrze jest mieć swój pieniądz, zamiast liczyć na męża. Że niezależność. Ale własnie obserwujemy kolejny cywilizacyjny krok:

Najpierw kobieta wywalczyła sobie prawo do pracy, teraz pokaże, że ma prawo z niego nie korzystać.

To nie jest czcza gadka. Jak wynika z analiz prof. Maggie Andrews – po latach walki o równouprawnienie, kobiety coraz chętniej zostają w domu – zwłaszcza te, które mogą sobie na to pozwolić. Chcą zajmować się rodzinnym ogniskiem, gotować obiadki, sprzątać, a potem poświęcać się samej sobie.

kobieta siedzi w domu

Etos korporacyjno-konsumpcyjno-kapitalistyczny wziął i się rypnął.

Jak mówi prof. Andrews – praca jednak nie jest taka zabawna, jak myśleliśmy. Nie oszukujmy się, większość z nas nie pojawiłaby się w swoim biurze nawet na byle 5 minut – gdybyśmy tylko wygrali kasę na resztę życia. Kto z nas pracuje z powodów wyższych, niż konieczność wrzucenia czegoś do gara?


Zobacz też: Dawniej związki się naprawiało


W przypadku kobiet jest jeszcze gorzej, one muszą odwalić – co udowodniono w badaniach – o wiele więcej roboty, niż przeciętny chłop. Zapieprzają na dwa etaty, bo sprawiedliwy podział obowiązków domowych w praktyce okazuje się być mniejszym lub większym mitem. Do tego przysłowiowa korporacja, która (mam nadzieję) przejdzie do historii jako współczesna forma niewolnictwa. Każdemu by się ulało – więc jak kobieta może wybierać, to woli tylko jedną pracę.

***

Oczywiście, nie ma mowy o trendzie, który dotyka wszystkich, ale jednak presja na kobiety na utrzymaniu mężów się zmniejsza i zamienia w zrozumienie. Na szczęście większość kobiet nie staje przed opcją wyboru trybu gosposia – bo jest dla nich zbyt luksusowy. Życie jest drogie, ktoś musi za nie płacić. Dlatego idziemy do pracy po równo, ramię w ramię i nie musimy na głos przyznawać, że nie miałybyśmy problemu z byciem kurą domową.

Kobiety powtarzają, że pracują dla własnej ambicji, a pomimo tego niepracująca żona ponownie staje się symbolem wyższego statusu społecznego i materialnego rodziny – a nie zacofania i ograniczenia. Możliwość zajęcia się wyłącznie domem w pewnych kręgach znowu jest obnoszona z dumą. Staje się obiektem skrywanych marzeń.

kobieta siedzi w domu

Posada pełnoetatowej pani domu nie jest dłużej brudnym, wycieńczającym kieratem – i zawdzięczamy to mediom oraz internetowi. Teraz zostawanie w domu to gotowanie wyszukanych obiadów, urządzanie zadbanych, pięknych wnętrz, wychowywanie mądrych dzieci w słodkich ubrankach, uprawa ogrodu. Do tego joga i rozwój osobisty. To rzeczy, które stały się dla nas atrakcyjne – bardziej niż odsiadywanie godzin za biurkiem. Wystarczy zerknąć na piękne blogi parentigowe czy kulinarne. Która z nas nie chciałaby prowadzić życia autorki?

Rola kobiety polega w tej wizji na byciu moderatorem życia rodziny, menadżerem domu. Kura domowa nabrała klasy i jest teraz hybrydą architekta wnętrz, szefa kuchni, pedagoga pierwszej klasy i coacha.

Czy to dobrze, że taki zwrot się dokonuje? A dobrze. Bo żadna forma presji społecznej nie jest dobra – zarówno ta, przez którą kobieta do pracy iść nie może, jak i ta, według której musi.


Zobacz też: Kobiecość w natarciu. Krótki poradnik, jak wydrapać babie oczy


Spodziewam się, że wkrótce nadejdzie era nowej emancypacji. Mężczyźni prawdopodobnie zaczną walczyć, aby tym razem to oni nie musieli pracować. A ja pozostanę w zgodzie z Oscarem Wilde, który powiedział, że praca to ucieczka dla ludzi, którzy nie mają niczego lepszego do roboty.


 

  • Ciekawe spostrzeżenia. Jednakże nie wyobrażam sobie finansowego uzależnienia od męża. Prawda jest taka, że jeśli nie posiadamy własnych, niezależnych dochodów jesteśmy zdane na łaskę lub niełaskę drugiej osoby. To z nią będzie trzeba konsultować wydatki typu: „rozwój osobisty”, joga, kosmetyczka, fryzjer etc. Tak pięknie opisywane przez panią bycie „kurą domową” wcale nie jest takie różowe. Co więcej jeśli o wszystkie kwestie „domowe” dba tylko żona to ta druga strona nie angażuje się psychicznie, nie buduje więzi. Co oznacza, że łatwiej jest jej odejść lub zostawić wszystko bo nie ma to dla niej takiego emocjonalnego znaczenia.
    Ja widzę jeszcze jedną alternatywę, która tutaj się nie pojawiła, a która według mnie jest najbardziej atrakcyjna – praca we własnej firmie. Wtedy posiadamy niezależne dochody, pracujemy tyle ile chcemy, z własnego biura wychodzimy na jogę kiedy tylko nam się podoba, obowiązki domowe wciąż są dzielone na pół a dzieci budują relację z obojgiem rodziców. Najważniejsze jednak jest to, że kobieta posiadająca swój niezależny „grunt” jest bardziej pewna siebie i dzięki temu atrakcyjniejsza i szczęśliwsza. Pozdrawiam i zapraszam na mojego bloga http://cecibloom.pl/

    • To nie moje spostrzeżenia, tylko trend, który już się rozpoczął – jak wynika ze statystyk.

      Co do „bycia zdanym na łaskę lub niełaskę drugiej osoby” to – mimo, że ogólnie zgadzam się, że dobrze, aby kobieta pracowała – tego argumentu szczególnie nie lubię. Jeśli ze swoim partnerem czujesz, że jesteś zdana na czyjąś łaskę i jeśli nie występuje porozumienie, że Twoją pracą jest zajmowanie się domem i musisz prosić się o pieniądze – to wydaje mi się, że problem jest jednak na znacznie głębszym poziomie, niż Twoja sytuacja zawodowa.

      Bycie kurą domową oczywiście nie jest różowe – podobnie jak chodzenie do pracy i ,,bycie niezależną”. Życie 🙂

      Ciekawy punkt widzenia na temat zaangażowania psychicznego i więzi wynikającej bezpośrednio ze stopnia zajmowania się domem, muszę to przemyśleć.

      A tak do sedna: alternatywna własna firma, freelancing, praca kreatywna dla przyjemności – to wszystko świetne opcje i oczywiście realne do osiągnięcia. Zapominamy tylko, że świat tak nie działa, żeby wszyscy, a nawet większość, posiadała firmy i żyła z malowania obrazów. Wciąż olbrzymią grupę stanowią kobiety, które po prostu pracują, bo muszą i wcale nie kochają swojego zajęcia. To one – będąc większością – tworzą trendy i opinie statystycznie przeważające. No i to też nie jest tak, że we własnej firmie pracuje się mniej albo bardziej swobodnie – może nawet przeciwnie, bo już nie ma opcji wypłaty 10go i braku odpowiedzialności za cały biznes.

      No i na koniec odniosę się do tego, co chyba jest clue całego tego tematu. Napisałaś ,,Najważniejsze jednak jest to, że kobieta posiadająca swój niezależny „grunt” jest bardziej pewna siebie i dzięki temu atrakcyjniejsza i szczęśliwsza”. Dokładnie to miałam na myśli pisząc, że kobiecie niepracującej wmawia się i wywiera się na nią presję, bo jak nie jest aktywna zawodowo, to jest gorsza od tych aktywnych. Nieprawda. Niezależny grunt kobiety może być równie dobrze gotowaniem obiadów i wychowywaniem dzieci, wcale nie musi nim być zapieprzanie do korpo – powiedziałabym wręcz, że często pierwsza opcja daje dalece większą niezależność, satysfakcję i szczęście.

      Najpierw wmawiało się kobietom, że mają siedzieć w domu i rodzić dzieci, bo to czyni je kobiecymi. Teraz mówi się, że aktywność zawodowa robi ją lepszą, szczęśliwszą i bardziej atrakcyjną. A może tak wreszcie pozwolilibyśmy, żeby każda z nas sama zadecydowała, co jest według niej fajne i jak chce spędzać życie? 🙂

      Pozdrawiam!

      • ‚Co do „bycia zdanym na łaskę lub niełaskę drugiej osoby” to – mimo, że ogólnie zgadzam się, że dobrze, aby kobieta pracowała – tego argumentu szczególnie nie lubię.” – bo jest zdecydowanie kluczowy w tej kwestii. Nie chodzi o to jaką masz relację ze swoim facetem, tylko o to jeżeli nie zarabiasz, to nie ma cudów -nie posiadasz własnych pieniędzy. To jest fakt. A kto ma pieniądze w dzisiejszym świecie ten jest wolny.
        Możesz umówić się z mężem na wypłatę „wynagrodzenia” za pracę w domu ale wciąż jesteś zależna od niego. Nie ważne jak wspaniały i słodki by nie był w sytuacji, w której chcesz mu chociażby kupić prezent, zrobić niespodziankę wciąż jesteś na jego garnuszku.

        Przyszło mi jeszcze do głowy kolejne ciekawe spostrzeżenie odnośnie właśnie wolności. Zdecydowanie zdrowsza relacja może się wytworzyć między dwoma osobami kiedy są niezależne. Partnerzy wtedy bardziej o siebie zabiegają bo każde z nich jest wolne ( w sensie finansowym). Jeżeli kobieta przez 18 lat zajmuje się domem i dziećmi, nie ma żadnych oszczędności, wykształcenia, doświadczenia na rynku pracy i znajomości w branży jest bardzo duże ryzyko, że mimo tego, iż w związku czuje się źle będzie bała się powiedzieć o tym mężowi ze względu na brak perspektyw i środków do „samotnego” życia.

        Ale oczywiście mamy wolny wybór i dlatego niech każdy wybierze to co dla niego najlepsze.
        Pozdrawiam,
        cecibloom.pl

        • Jeśli już musimy rozmawiać na takim gruncie, to oficjalnie rzecz biorąc nawet jeśli nie pracujesz, a jesteś po ślubie, to połowa pieniędzy męża jest Twoja – więc nie tak do końca z tymi cudami 🙂 Ale wierzę głęboko, że w normalnej relacji nie występują problemy tego typu, bo to, czy kobieta pracuje czy jesteśmy w stanie utrzymać się z jednej pensji – ustalamy razem i nikogo z tego powodu się nie poniża mówiąc „nie posiadasz własnych pieniędzy”.

          Cały czas pomijasz w swojej argumentacji jedną ważną sprawę – przekonujesz, że dla kobiety jest lepiej pracować i co do tego każdy może mieć oczywiście własną opinię. Ale tekst jest o czymś innym, bo tymczasem coraz częściej te właśnie kobiety stwierdzają, że lepiej im w domu. To są fakty, nie opinie, stąd cały powyższy tekst – jeśli jesteś tym zainteresowana, to chyba gdzieś w materiałach University of Worcester można znaleźć podsumowania tego, że taki trend się rozpoczyna i wcale nie dotyczy tych niewykształconych, bez doświadczenia i znajomości.

          Czy to nie jest trochę krzywdzące generalizowanie, że kobieta nie może po prostu lubić gotować? Czy przyczyną tego musi być fakt, że jest ,,bez oszczędności, wykształcenia, doświadczenia na rynku pracy i znajomości w branży”?

          Wchodzisz na poziom zdrowia relacji, samooceny i akceptacji – a tych dwóch tematów w tym kontekście jednak nie chciałabym łączyć.

          • Tak jak z każdym trendem, raz jego kierunek jest taki a raz dokładnie odwrotny. Ja zawsze takie sondaże traktuje dość sceptycznie. Często tęskni się za jakimś wyobrażeniem, bo po prostu frustruje nas rzeczywistość. Potem gdy już dostaniemy co sobie „wyobraziliśmy” następuje urealnienie.

            Lubić gotować może każda z nas i równocześnie być za siebie odpowiedzialna ( zarabiać na swoje potrzeby). Da się i nie jest to żaden wyczyn, sama w ten sposób łączę rozwój osobisty z karierą i domem.

            Twój tekst jest dość kontrowersyjny dlatego się do niego odnoszę:) no i też jestem ciekawa opinii innych w tym temacie.

            Cecibloom.pl

          • A ja się bardzo cieszę, że się odnosisz – na to liczę, bo zdaję sobie sprawę, że to jest kontrowersyjny temat 🙂

            Bardzo trafnie zauważyłaś z urealnieniem, myślę, że właśnie dużą rolę gra tu fakt tzw. zieleńszej trawy u sąsiada – to w praktyce.

            A w wymiarze teoretycznym niestety wciąż jest tak, że mówi się kobietom co powinny robić i jakie powinny być – raz takie, raz inne. Przecież to oczywiste, że jak patrzysz na kobietę zajmującą się domem, to przez myśl przemyka Ci choć raz „biedna kobieta” albo „po co ona tak się marnuje”. Zupełnie olewamy fakt, że są ludzie, których na to stać i z przyjemnością zostają w domu, a biurko w korpo do szczęścia ani spełnienia wcale nie jest im potrzebne.

          • No i jeszcze – piszesz: Lubić gotować może każda z nas i równocześnie być za siebie odpowiedzialna ( zarabiać na swoje potrzeby). Da się i nie jest to żaden wyczyn.

            No da się. Ale skoro ja lubię gotować, a nie lubię stać na kasie albo przerzucać papierów i mojego partnera stać, aby mnie utrzymywać, oboje jesteśmy na TAK – to czemu mam się wysilać, żeby spełnić ten ,,żaden wyczyn”? To właśnie wynika wyłącznie z oczekiwań i presji społecznej. Podkreślam – jeśli kobieta nie odczuwa potrzeby realizacji się w pracy zawodowej i czuje się dobrze wykonując tylko pracę w domu! Po co wtedy wmawia jej się, że jak trochę się wysili to udadzą jej się oba? Jeśli nie musi i nie chce? W imię czego?

          • Aurelia

            W imię tego, żeby za 30 lat nie zostać z palcem w dupie.

            Oczywiście, gdy się umawiasz z mężem i jesteście tacy młodzi i zakochani i tak się super dogadujecie i w ogóle świergotanie, to wydaje się świetny pomysł. A mi to wygląda na naiwne przekonanie, że dostałaś coś na zawsze.
            Każdy jeden i każda jedna z nas na ślubnym kobiercu przyrzeka różne rzeczy i święcie w nie wierzy. Mimo iż dobrze wiemy, że co roku mamy co najmniej 60 tys. rozwodów. Tak, ponad 30% małżeństw kończy się rozwodem. To jest jedno na trzy – oczywiście na 100% akurat na ciebie nie padnie… (myśli każda z nas, a jednak na którąś pada).

            Oczywiście każdy ma wolny wybór i jak ktoś bardzo chce być naiwny to proszę bardzo, w końcu to twoje życie, absolutnie nic mnie to nie obchodzi. Ale miej świadomość tego, że za 30 lat możesz zostać wymieniona na młodszy model. A może to on się zmieni i już nie będziesz chciała z nim być. I co wtedy zrobisz po 30 latach poza rynkiem pracy?

          • Aurelia, Twój punkt widzenia idealnie wpisuje się w to, o czym piszę – czyli kobiety pracują „żeby nie zostać z palcem w dupie”, a nie,(jak próbuje się wszystkich przekonać) dlatego, że sprawia im to niezmierną przyjemność i dodaje do ich życia. Właśnie dokładnie o tym mówię w swoim tekście: że kobiety przyznają otwarcie, że pracują bo muszą, a nie dla satysfakcji z życia zawodowego.

            Dochody męża możesz sobie tutaj wymienić na spadek po babci – to nie ma takiego znaczenia. Chodzi o trend, według którego praca = satysfakcja. Kobieta nie musi być utrzymywana przez męża – może po prostu być bardzo bogata, wszystko jedno. Clue trendu, o którym piszę, jest że kobiety nie chcą być dłużej oceniane przez pryzmat życia zawodowego.

            Według panującego stereotypu kobieta spełniona to taka, która wiedzie udane życie zawodowe na wysokim szczeblu. I to o to chodzi, a nie o to, skąd pochodzą Twoje środki na utrzymanie. Kobieta bogata, ale niepracująca = kobieta pozbawiona ambicji. Ambicje masz obowiązek wyrażać przez pracę – tak jak kiedyś byłaś oceniana przez pryzmat czystych dzieci, tak dziś przez pryzmat stołka, który zajmujesz.

          • Aurelia

            Ja akurat swoją pracę lubię bardzo (często po pracy robię to samo, bo po prostu to lubię), ale gdybym nie lubiła, to znalazłabym inną – na pewno nie decydowałabym się na sytuację, w której jestem od kogoś zależna. Nieważne, czy od męża, czy od babci.

            Stereotypy oczywiście istnieją, temu nie przeczę. Ale pozwolę je sobie mieć tam, gdzie nie chcę mieć palca 😉

          • No to świetnie i punkt dla Ciebie – ale niestety nie każdy ma taką szansę, a niektórzy po prostu nie lubią pracy w ogóle i cenią sobie bardziej czas z dzieckiem, uprawę kwiatków albo gotowanie obiadów dla męża. I cały sens leży w tym, że nie można z tego powodu uważać ich za mniej wartościowych, mniej ambitnych, mniej (wstaw dowolne) – bo kariera nie jest miernikiem naszej wartości, tak jak nie jest nim posiadanie dzieci albo umytego zlewu.

          • Aurelia

            A mogę ich uważać za naiwnych i nieodpowiedzialnych? 😉

          • Oczywiście, że możesz. Ciekawi mnie tylko, czy oceniłabyś jako naiwną również osobę bogatą, która nie chce podejmować pracy.

          • Aurelia

            To zależy. Jeśli mamy do czynienia np. z taką sytuacją: http://life.forbes.pl/gwiazdy-sportu-szybko-bankrutuja,artykuly,173657,1,1.html# to tak, uważam ich za nieodpowiedzialnych. Bo jak inaczej nazwać ludzi, którzy mieli fortuny, ale przepuścili je na koks i dziwki? 😛

            Jeśli natomiast ktoś jest w stanie tak gospodarować swoimi pieniędzmi, że nie musi pracować i nie doprowadza go to do bankructwa, potrafi zabezpieczyć swoją przyszłość, to szacun dla niego i jest moim wzorem 😉

          • No czyli jednak wychodzi na to, że dopuszczasz możliwość, że ktoś nie czerpie przyjemności z życia zawodowego i odnosisz się cały czas tylko do sytuacji, kiedy ktoś nie ma wyjścia i musi do pracy iść.

  • Ja dopiero od 5 miesięcy mieszkam ze swoim mężczyzną, a juz zaczynają się sprzeczki o to, że to ja jestem od sprzątania, prania, zmywania itp. Niestety jestem typowym wolnym ptakiem i takie podejście kobieta= gary tak mnie dołuje, że mogłabym wpaść w depresję i nigdy z niej nie wyjść. Pytanie tylko, czy mój mężczyzna jest w stanie to zrozumieć…?

  • Moim zdaniem, to jest bardzo infantylne. Menadżer domu? Uważam, że każda kobieta powinna mieć swój czas, na ogarnięcie spraw związanych z macierzyństwem, powrotem do życia bez brzucha i po prostu odpoczynku. Jednak moja wizja życia po tym okresie jest skrajnie różna od tego co przytoczyłaś. Mam pełen szacunek do mojej mamy za to, że potrafiła zorganizować się na tyle, aby osiągnąć sukces zawodowy, stać się kulinarnym guru, ogarnąć siebie, męża i małą mnie. Ale nie jest wyjątkiem w rodzinie, ponieważ u mnie każda kobieta pracowała a wymyślanie kolejnych epitetów i określeń na matki niepracujące, podczas gdy o matkach pracujących nie mówi się za wiele jest.. dziwne.

    • Co jest według Ciebie infantylne? Bo nie bardzo wiem, do czego pijesz – do tego, że kobiety chętniej zostają w domu? Ja uważam, że to prawo każdej kobiety, aby zdecydować samodzielnie, bez presji i nie nazwałabym któregokolwiek wyboru infantylnym.

      Oczywiście masz prawo do swojej wizji, mój tekst jest jednak o czymś innym. Mówisz, że podziwiasz mamę za ogarnięcie tylu spraw na raz – a czy gdyby miała finansową możliwość i zdecydowała, że jednak jest jej dobrze w domu i praca wcale nie dodaje do jej życia, to dałabyś jej możliwość takiego odczuwania, czy założyłabyś, że jest zacofana i bez ambicji? Kiedyś kobietom zakazywano pracy, teraz się ją nakazuje – w imię realizacji jakiegoś wzorca idealnego.

      Mój tekst w ogóle nie jest o matkach niepracujących i dodawaniu im jakichś atrybutów. Uważam, że (prawie) każda kobieta wykonuje wielką pracę i należy jej się za to szacunek – nieważne która z nas robi więcej, a która mniej, nie chodzi mi o licytowanie się.

      Chodzi o to, że fakt jest taki, że coraz częściej kobiety przyznają otwarcie, że zajmowanie się domem na pełny etat im wystarcza i nie potrzebują pracy, by realizować jakieś narzucone z zewnątrz ambicje. A poza tym robią wszystko, co reszta. Po prostu nie uważają, że przychodzenie do biura wnosi coś do ich życia. I problem tkwi w tym, że emancypacja kobiet zrobiła z tego tabu – nie czujesz potrzeby realizowania się zawodowego = coś z tobą nie halo. Teraz to się znów zmienia i myślę, że to ciekawe zjawisko.

  • Najwazniejsze to moc decydowac o wlasnym losie- nawet, jesli decyzja jest rezygnacja z aktywnosci zawodowej. Tzw. tacierzynskie to jeden z krokow podejmowanych przez mezczyzn, ktorzy tez chca wlaczyc sie pelniej w zycie rodzinne. Cieszy mnie to, ze zyjemy w erze wolnosci 🙂

  • Jestem absolutną zwolenniczką wolnych wyborów 🙂 Podoba mi się to, że dzisiaj coraz częściej są one możliwe. I coraz więcej ludzi ma odwagę mówić, że żyją zgodnie z własnym wyborem. Niezależnie od tego, czy jest to mega korpo- kariera czy pielenie ogródka w przerwie oglądania seriali. Najważniejsze, żeby w każdej sytuacji człowiek nie zapominał o samorozwoju. I tu znowu, czy w temacie tego ogródka czy bardzo ambitnych i społecznie uznawanych nauk.

    Znam wiele wspaniałych kobiet, realizujących się w codzienności, bez typowego życia zawodowego. Co ciekawe, większość z nich jest w wieku średnim czy nawet przed-emerytalnym. Może ich sekret i sukces polega na tym, że z nikim się nie ścigają i mają dużo dystansu.
    Trochę inaczej sytuacja wygląda z młodszymi. Wiele z nich, nie jest do końca pogodzona z żadną z ról i nie wie, czego w życiu pragnie. A to powoduje frustrację na wszystkich polach.

    Cudownie jest, jak się znajdzie swoją drogę. Tak sobie myślę, bo sama mimo ogromnej radości życia, ciągle trochę szukam 🙂

    • Jestem fanką tego komentarza, chyba zamienię go miejscami z moim tekstem 🙂

  • Feminizm zrobił dla kobiet wiele dobrego, ale też niestety dostało nam się rykoszetem tego wyzwolenia. Bo dawnych obowiązków nie ubyło, a przybyła etatowa praca przez kilka – kilkanaście godzin dziennie. Wiele kobiet do tego wszystkiego chce zrobić wszystko perfekcyjnie. No niestety nie da się. Doba ma 24 godziny, a nasza energia życiowa – jak każdy zasób – ulega wyczerpaniu. A gdzie w tym wszystkim radość z życia. Niestety utarło się, bardzo z resztą niesłusznie, że kobieta, która rezygnuje lub nie podejmuje aktywności zawodowej jest leniwa albo za głupia, żeby znaleźć sobie jakieś zajęcie, a do tego na pewno głęboko szczęśliwa. Jakby wypełnianie tabelek w Excelu miało być jedynym źródłem szczęścia. Oczywiście praca zawodowa sporo daje, to oczywiste. Niemniej cieszę się, że wreszcie zaczyna się i to tabu przełamywać.

    • Bardzo miło widzieć, że jednak niektórzy zrozumieli mój zawiły przekaz 🙂

  • „Wystarczy zerknąć na piękne blogi parentigowe czy kulinarne. Która z nas nie chciałaby prowadzić życia autorki?”.
    Ja. Bardzo lubię moją pracę, chociaż dostarcza mi bólu brzucha od czasu do czasu. Nie czułabym się spełniona, zajmując się pełnoetatowym fotografowaniem babeczek (choć uwielbiam piec). Zgadzam się, że jeśli kobieta samodzielnie dokonuje wyboru o rezygnacji z pracy rozumianej w tradycyjnym tego słowa znaczeniu (i co ważne – jeśli stać ją na to, bo to też niesłychanie istotny aspekt) i czuje się spełniona w domowym życiu, to fantastycznie. Tak, wiele z nas ląduje w korpo, bo musi, jasna sprawa. Ale ciągle jest wiele kobiet, w tych korpo osiągają sukcesy i wiele takich, które nie marzą o la dolce vita w roli królowych domowego ogniska. Myślę, że nie powinno się stawiać jednego wyboru ponad drugim – każdy z nich jest dobry, jeśli człowiek żyje z nim szczęśliwie.

    • W tej części troszkę pozwoliłam sobie na parabolę – oczywiście, że nie każda z nas marzy o jednym i tym samym. Dlatego tak istotny jest przekaz, który zawarłaś w ostatnim zdaniu. Nie należy stawiać jednego wyboru nad drugim – a sedno w tym, że tak, jak kiedyś stawiało się rodzinę ponad wolnością zawodową kobiety, tak teraz mówi się, że kobieta w korpo to kobieta prawdziwa, ,,kobieta sukcesu”. Fajnie, że to się powoli zmienia i być może wkrótce dojdziemy do równowagi – nie do tej, która mówi, że kobiecie wolno robić karierę; ani do tej, która mówi, że wolno jej siedzieć w domu; ale do tej, która mówi, że kobiecie wolno to, co sobie sama chce 🙂

  • Wszystko zależy do tego, czego każda z nas chce. To kwestia bardzo indywidualna i osoby, które uważają, że mają prawo krytykować innych ze względu na pracę lub jej brak, są mało asertywne i moim zdaniem nieco zacofane.

  • Wszystko chyba zależy od charakteru i temperamentu człowieka. Kiedyś ciągle byłam nastawiona na pracę i rozwój. Nie wyobrażałam sobie siebie jako menadżera domu (jak to ładnie nazwałaś 🙂 Jednak gdy urodziła się córka wszystko się zmieniło. Odkryłam, że doskonale się czuje w swoim domu. Jestem na urlopie wychowawczym, zajmuję się dzieckiem, domem, piszę bloga, czytam książki. Jestem szczęśliwa w tym momencie. Gdy Ola pójdzie do przedszkola to pewnie wrócę do pracy, a może odkryję jakieś moce i sama sobie będę szefem. Nie wiem, czas pokaże.
    Co do komentarzy wcześniejszych to wcale nie czuję się uzależniona od męża. Niby dlaczego ma tak być? Wspólne ognisko domowe jest jednością na każdym poziomie, także finansowym. To jakieś stereotypy, które powielają osoby mające głębsze problemy w związku.

    Pozdrawiam 🙂

    • Jak pięknie napisane! 🙂 Właśnie o to mi chodziło – że kobieta powinna mieć prawo wybrać swobodnie, a tymczasem ciągle narzuca się nam jakieś role, od których trudno się uwolnić.

  • Powariować można z tym wszystkim. Jestem za tym, że kto chce pracować, niech pracuje – podobnie jak ten, kto musi 🙂 Chcesz mieć własny dom? Musisz pracować jeśli chcesz kredyt.
    Nie wartościuję ludzi na tych siedzących w domu (co ciekawe,mam też kilku takich kolegów – singli co ciekawsze, w wieku lat 30) i tych pracujących (a nie samą korpo człowiek żyje przecież…) za to zawsze pytam człowieka, czy żyje dokładnie tak, jak chce. Bo wierzę, że każdy ma to, na co się godzi. Moje niepracujące koleżanki nie są zadowolone z tego, że siedzą w domu (niedzieciate!) chciałyby pójśc do pracy.
    Ja za to zauważam inny deficyt – brak pracy na pół etatu. W Grecji to bardzo popularne- facet pracuje na cały etat, kobieta na pół -tak się utarło. Szkoda, że u nas nie ma takich możliwości- jeśli są, to pojedyncze przypadki.

  • Ogólnie „siedzenie” w domu jest fajne, o ile nasze otoczenie, a zwłaszcza mąż i najbliżsi szanują pracę, którą w tym domu wykonujemy! Kiedyś z przysłowiowym dzieckiem u piersi, chodziłam na studia, jednocześnie zajmowałam się domem, od faceta usłyszałam, że „g*** robię”. Wiesz co zrobiłam? ZMIENIŁAM FACETA 🙂

  • Ja mam ten plus, że od samego początku z Narzeczonym ustaliliśmy, że jak pojawią się dzieci, to ja zostaję w domu. Zresztą zanim się pojawiły, też namawiał mnie do rzucenia zwykłej pracy i zajęcia się tylko blogiem. Nie zrobiłam tego, bo jednak kasa z macierzyńskiego to dobra rzecz 🙂
    Nie mniej jednak cieszę się, że mam możliwość wyboru i do roboty chodzić nie muszę. Dla mnie bycie kurą domową jest fajne. Lubię sprzątać, gotować i robić zakupy (ale tylko te spożywczo-domowe). Poza tym nigdy się w domu nie nudziłam i nie rozumiem kobiet, dla których doba jest za długa, gdy muszą zostać w domu.

    • Mnie też namawiano do zostania w domu 🙂 I choć to kusząca perspektywa, to nie zdecydowałabym się. Podobałoby mi się i z wyjątkiem pieniędzy, nie brakowałoby mi chyba pracy. No może ewentualnie społecznego wymiaru – ale to da się zastąpić.

      • No ja za wstawaniem codziennie o tej samej nieludzkiej porze i ludźmi nie tęsknię. Niestety najczęściej pracowałam z innymi kobietami, a te w zbyt dużych dawkach mnie szalenie denerwują – ciągle ploteczki, rozmóweczki, zakupki, dziecięce kupki, choróbki… Bleeeee. Zdecydowanie nie moja bajka 😀

  • Wow, świetny tekst! Dawno nie przeczytałam czegoś tak spostrzegawczego!

    I myślę, że chciałabym być kiedyś luksusową panią domu, ale póki co stawiam na rozwój i robota niedługo 🙂

  • Ciekawy tekst:) Ogolnie nie lubie jak ktos stwierdza, ze inni sa gorsi, bo:
    a) nigdy nie pracowali
    b) nigdy nie studiowali
    c) nigdy nie pracowali za granica
    d) nigdy nie studiowali za granica
    e) itd. itp.
    Kazdy ma swoja wlasna definicje szczescia i ma prawo ja jakos realizowac.

    A tak w ogole to podoba mi sie tu u Ciebie, wiec pewnie sie troche porozgladam w wolnej chwili…:) Oscar Wilde najlepszy!

    • Dzięki 🙂

      Masz dużo racji, ale ludzie też mają tendencję do wybielania siebie i swojego stylu życia kosztem kopania innych…

      • Nie ma sprawy 🙂

        Nie wiem jak może to pomóc w realizowaniu własnych marzeń, ale cóż…

        • Chyba wydaje nam się, że jesteśmy lepsi – mamy karierę, pieniądze, samochód i wszystkie inne rzeczy, dzięki którym łatwo stworzyć iluzję, że nasze życie ZNACZY WIĘCEJ i że DOKĄDŚ zmierzamy. Co niestety nader często okazuje się bardzo złudne.

  • Pingback: Jak nie przegrać w miłości? | chillife.pl()

  • Roman Sidło

    Tytuł tego wpisu to taka piękna korwinistyczna utopia.

    Ale potem jest już coraz bardziej feministycznie xDDD

    • Liczyłam, że skuszę newralgiczne grupy, które zechcą tu przyjść i się powyżywać 😀