Kotlet jest nagi

Kotlet jest nagi

Dlaczego nigdy nie będziesz chodził do drogich restauracji

Korzystając z jednego dnia, w którym lało mniej niż przeciętnie, wyszliśmy sobie na tradycyjny 8-godzinny spacerek. Przypadkiem trafiliśmy na jakieś święto muzyki country i obwoźnego żarcia – a przecież gdzie żarcie, tam i my.

Mieliśmy już nic nie jeść, no ale homar. Poprzedni, którego próbowaliśmy, był całkiem niezły – jeśli porównało się go z piłką kauczukową usmażoną w dwutygodniowej fryturze. Zapragnęłam więc podejścia numer dwa.

Niestety, znowu okazało się, że wcale nie najtańszy homar był zimną mielonką z puszki wylaną na mrożone frytki, a małże pod pierzynką smakowały jak balon (żeby nie nazwać tego inaczej). Albo smakowałyby, gdyby tylko udało się je przegryźć. Jakość pierzynki łaskawie pominę milczeniem.

Te nieprzyjemne – choć kosztowne – doświadczenia semirestauracyjne popchnęły mnie do rozważań.

***

Moje zamiłowanie do papu, w połączeniu z ideową niechęcią do spędzania czasu w kuchni, sprawiły, że lubię tam, gdzie daje się jedzonko. W ciągu ostatniego roku w Londynie odwiedziłam kilka (z założenia) dobrych restauracji i bistro z różnych półek cenowych. I poczynając od takich, gdzie za porcję płaci się 5 funtów, aż po miejsca w których pozbędziesz się przynajmniej stówki – wszystkie wybierałam kierując się opiniami. Pragnę zaznaczyć to bardzo wyraźnie. Każde miejsce, w którym byłam, miało średnią z setek ocen na poziomie „bardzo dobra”.

Z tych – niech będzie – 20 przetestowanych miejsc, żadnego bym nie poleciła.

Jedna restauracja* dała mi w miarę przyjemne doświadczenie, jedzenie było smaczne, ale po posiłku za 100 funtów musieliśmy dojeść w McDonald’s, co jest dosyć śmieszno-żenujące. W większości wychwalanych lokali dania nie były nawet na poziomie „normalnym”. Trafiło mi się „grzybowe cappucino” z filiżanką soli w bonusie, burger wielkości dziecięcej piąstki (nie przesadzam), a najlepsza ryba w Southend-on-Sea była smażona we fryturze sprowadzanej z budek kebabowych w Radomiu.

***

Wspomnijmy dla porządku o moim wyrafinowanym podniebieniu. Wychowałam się na jedzeniu gotowanym w domu przez babcię i mamę. Jak większość mojego pokolenia i starszych ode mnie – zawsze miałam obiad zrobiony tak, jak się robi obiad w każdym polskim domu. Nie wiem, jak jest z młodszymi: może dopadła ich klątwa mieszkania 100 km od Babci i rodziców pracujących 24/7, którzy karmią ich resztkami z Happy Meal? Jeśli nie – to myślę, że również oni nie mają elementu niezbędnego do szczerego zachwycania się modnymi restauracjami: braku smaku.

jedzenie bez smaku, niedobre restauracje

***

Zastanawiam się nad jednym. Czy popełniłam błąd, oczekując od restauracji, że zjem tam coś super, coś ekstatycznego – lepszego niż w domu? Wydawało mi się, że jeśli o restauracji mówi się „świetna”, to możesz tam spróbować dzieła kucharza, którego kunszt przerasta umiejętności twojej babci. Tymczasem zaczynam sądzić, że jeśli wychowałeś się na domowym jedzeniu gotowanym na prawdziwym mięsie i warzywach, a nie na torebce, to od fancy żarcia nie możesz oczekiwać, że będzie lepsze. Moja ostatnia nadzieja leży w restauracjach z gwiazdkami – może to tam ukrywają się kucharze, którzy naprawdę zaskakują.

***

W dzisiejszych czasach wszystko jest udawane. Restauracje też.

Kupujesz takiego kraba, który kosztuje tyle, że mógłbyś w tej cenie dostać pół świeżego rekina, zjadasz go – był paskudny. Ale zachwycasz się, bo wszyscy się zachwycają. Bo jeśli nie pochwalisz, to znaczy, że nie zrozumiałeś.

Jak żartobliwie podsumowała moja znajoma – ostrygi są dla mnie obrzydliwe, ale bogaci ludzie jedzą je nie bez przyczyny, a ja chcę być bogata. Dzisiaj do otwarcia restauracji wystarczy mieć hipsterski pomysł, który się sprzeda. Nawet, jeśli nie masz żadnego talentu, a twoich dań pies nie chce powąchać, to odrobina dobrej gadki wbije ludziom do głowy przekonanie, że to z ich językiem jest coś nie tak. Na podobnej zasadzie bez trudu zostaniesz malarzem, muzykiem i kreatorem mody.

***

W Londynie powstaje bar z wodą. Będą podawać rozmaite kranówy z końca świata. Jak powiedział pomysłodawca: – Woda ma posmak i odcienie, jak wino. Dlaczego nie pozwolić ludziom spróbować odmiennych rodzajów?

Oczami wyobraźni już widzę śmietankę towarzyską wyczuwającą różnicę między Kroplą Beskidu a Nałęczowianką za 15 funtów szklanka. Cesarz jest nagi.

***

* Nie ma to większego znaczenia, ale gdyby kogoś zainteresowało – był to Sea Containers w hotelu Mondrian Blackfriars.