„Kształt wody” to NIE JEST lepszy „Labirynt Fauna”

„Kształt wody” to NIE JEST lepszy „Labirynt Fauna”

Shape of Water z 13 nominacjami – a mnie nie przekonał

No tak… Jak już pewnie wiecie, recenzja książki lub filmu pojawia się tutaj wyjątkowo rzadko. Wychodzę z założenia, że nie ma sensu powtarzać po innych, bo popularne dzieła są recenzowane na potęgę. Ta zasada nieuchronnie prowadzi mnie do tego, że piszę tylko wtedy, kiedy czymś się za bardzo podekscytuję – zazwyczaj negatywnie. I tak też stało się w przypadku nowego hitu – na tapecie Kształt wody.

A że Shape of Water dostał też rekordową liczbę nominacji do Oscarów…

shape of water trailer


Kiedy piszę ten tekst, polska premiera Kształtu wody (16.02) jest wciąż odległa (emigracja ma jednak jakieś plusy) – możliwe więc, że moja opinia się zmieni (złagodnieje) do czasu publikacji. Na świeżo jednak…

Kształt wody skonsternował mnie tak, jak żaden film od dawna.

Częściowo to na pewno zasługa (wina…?) opinii, których nasłuchałam się w tygodniach przed seansem. Nabuzowały mnie naprawdę ekstremalnie – Shape of Water obwoływany jest ARCYDZIEŁEM. To „film Guillermo del Toro, który wreszcie dogonił Labirynt Fauna”. „Niesamowite połączenie thrillera, baśni, musicalu, filmu szpiegowskiego i surrealizmu”. No jednym słowem – WOW!

Obejrzałam film i wpadłam w dziwny stan: czy to jest przeciętne, czy ja czegoś nie zrozumiałam? Wybrałam bezpieczną opcję odpowiedzi:

To nie jest film dla mnie.


shape of water filmweb

Zacznijmy pozytywnie! Kształt wody jest filmem dopracowanym, który przyjemnie się ogląda. Nie nudzi i na pewno ma mocne walory estetyczne. To wciągająca baśń dla dorosłych, rozgrywająca się w świecie, który tylko pozornie odpowiada naszemu.

Shape of Water z pewnością oczaruje właścicieli bujnej wyobraźni, ale także koneserów kina – dzięki licznym odwołaniom do klasycznych obrazów. Każdy, kto kocha klimat filmów Guillermo del Toro czy Tima Burtona, prawdopodobnie zakocha się w tym filmie. Trudno zliczyć powiązania z niemym kinem, również tempo filmu nawiązuje do kinematografii w stylu retro.

ALE…

Kształt wody poważnie mi podpadł – na dwóch płaszczyznach. Po pierwsze: fabularnej. Po drugie: metaforycznej. A może odwrotnie.

kształt wody recenzja

Nie jestem wielką fanką fantastyki i filmowych baśni – jako gatunku. Jest jednak jeden powód, dla którego uwielbiam wiele filmów o fantastycznym zabarwieniu:

Twórcy najczęściej przeładowują je metaforą i symboliką.

Uwielbiam w trakcie seansu zastanawiać się nad znaczeniem symboli, nad tym, czy kolejne kadry są tylko estetyczną grą wyobrażeń, czy też mają ukryte przesłanie. Niestety – tego w Kształcie wody mi zabrakło. Owszem, filmowi nie można odmówić niezwykłego bogactwa odwołań do klasyki kina, przepychu nawiązań, które dostrzega tylko wytrawne oko kinomana. Ale samych głębszych przemyśleń, życiowej nauki… Na darmo szukać.

Być może (prawie na pewno) tej opinii nie podzieli wielu, ale w mojej opinii Shape of Water – okrzyknięty arcydziełem – na poziomie emocjonalnym nie jest bardziej odkrywczy niż dziesiątki filmów, które już powstały. Włączając filmy sztampowe i słabe. Jakkolwiek głęboko bym nie grzebała – nie potrafię doszukać się głębszych przemyśleń czy interesującej myśli przewodniej.

Oto bowiem mamy główną bohaterkę, która jest całkiem przeciętna, a może nawet w jakiś sposób pokrzywdzona przez los. Zakochuje się ona w kimś zupełnie nietypowym, a może nawet dziwacznym. Para napotyka przeciwności i zmaga się z niezrozumieniem, a ostateczny morał jest taki, że

Miłość nie zna granic, inności są ok. Inny może kochać i można kochać Innego.

No tak, jest to jakieś przesłanie – ale niestety, dosyć sztampowe. Z przyjemnością obejrzałabym kolejny film na ten sam temat, gdyby jednak nasunął mi w trakcie seansu chociaż jedną, jedyną odkrywczą myśl. I nie mam tu na myśli innowacyjnych gumowych kostiumów i skrzeli na szyi.

Być może popełniłam błąd, ale nastawiałam się na film w innym stylu – kojarzył mi się z „A Monster Calls”, czyli „Siedem minut po północy” z 2016 roku. Tam również historia toczyła się w przeplatających się światach – realnym i fantastycznym. I może tamten film nie był arcydziełem, ale bogactwo emocji i wgląd w przeżycia bohatera były arcymistrzowskie.

EMPATIA TWÓRCY, KTÓRY AUTENTYCZNIE PRZEKAZAŁ SKOMPLIKOWANY STAN EMOCJONALNY POPRZEZ WYMYŚLONE, FANTASTYCZNE OBRAZKI – ZACHWYCAŁA.

Tego spodziewałam się po Shape of Water. Tymczasem tutaj – mam wrażenie – zadbano o rozbudowane pomosty do innych dzieł, dopracowane kadry, spójną estetykę i tempo… ale to wszystko stało się pięknie ozdobioną wydmuszką, w której zabrakło bogatego, tłustego sedna.

kształt wody premiera polska

Nawet postaci – poza główną bohaterką i potworem – są jakieś takie… nijakie. Moja ukochana Octavia Spencer została zlekceważona. Jej rola ogranicza się do odbicia karty, jednokrotnego popchnięcia wózka i odpalenia papierosa. Wydaje się, jakby była tam tylko dlatego, że główna bohaterka jest niemową – a jakoś musiała porozumiewać się z resztą, więc przyda się tłumacząca koleżanka. Bardzo liczyłam na jej rolę z pazurem, w opozycji do zrównoważonej i spokojnej Sally Hawkins. Tymczasem najbardziej wnikliwa scena z jej udziałem to ta, w której bohaterka oznajmia, że bolą ją nogi.

Na plus – na szczęście – spisał się Michael Shannon. Grał bohatera do bólu stereotypowego, co w jego wykonaniu jest naprawdę fantastyczne! Strickland jest ucieleśnieniem cech, które miał symbolizować i w sumie to właśnie on doprawiał cały film do smaku.


No dobrze, wiemy już, że Kształt wody nie był dla mnie emocjonalnym oświeceniem – może więc przynajmniej dał radę z fabułą? Też nie jestem przekonana.

Historia w jakiś niewyjaśniony sposób wciąga, ale nazwałabym to raczej letnim zaangażowaniem.

Kiedy już przestałam oczekiwać górnolotnych przemyśleń, skupiłam się – niestety – na przebiegu historii. Nie zrozumcie mnie źle, logika w baśniowych filmach fantastycznych zawsze stoi na głowie, ale…

Stawianie czegoś na głowie niekoniecznie musi równać się lekceważeniu.

kształt wody opinia

I tu właśnie najbardziej mi zgrzyta porównywanie Shape of Water do Labiryntu Fauna. Według mnie, zmiany w zasadach działania świata i tym, co możliwe, a co nie, powinny dodawać filmowi uroku. Tak jest w Labiryncie Fauna, w którym liczne niezwykłości są spójne, a elementy nierealne zachwycają. Tymczasem w Kształcie Wody lekceważy się takie szczegóły, że w pewnym momencie zastanawiasz się,

o co w tym w ogóle chodzi?

Im dalej w las, tym bardziej ta historia nie trzyma się kupy i łamie sobie nogi w kolanach. Zamiast myśleć, że fabuła jest ELASTYCZNIE osadzona w prawdziwym świecie, zaczynam myśleć, że del Toro nie miał dobrego pomysłu. Jakby wymyślił sobie potwora i zakochującą się w nim kobietę, ale nie wiedział, jak ich ze sobą połączyć. Tak, jakby życie głównej bohaterki było tylko pretekstem do pokazania sceny, jak wodzi ona palcami po szybie, a żeby jakoś dołożyć jej potwora – wymyślono tajne laboratorium.


– No i tam znajdzie potwora przywiezionego z Amazonii.
– Ale jak…
– A on tam jest, no bo… zimna wojna.
– Ale w takim razie czemu…
– ZAMKNIJ SIĘ.


Ta historia ma straszne braki. Dobra, ok, może NIE O TO CHODZI w tym filmie, żeby był spójny fabularnie i realistyczny. Ale…

Mamy sprzątaczkę, która pracuje w ŚCIŚLE TAJNYM laboratorium, w którym jednak może sobie włazić do strzeżonego sekretu i codziennie karmić go jajkami. Eksperymenty na STWORZENIU, KTÓRE STANOWI KLUCZ DO WYGRANEJ W ZIMNEJ WOJNIE polegają na napierdalaniu go kijem aż zdechnie. Potem, kiedy anonimowa sprzątaczka przy pomocy sąsiada-nieudolnego artysty wywozi PILNIE STRZEŻONY SEKRET, który może zaważyć na losach SPORU MIĘDZY DWOMA ŚWIATOWYMI MOCARSTWAMI i trzyma go we własnej wannie, zarząd placówki nawet nieszczególnie się wysila, żeby odzyskać kluczowy atut USA. Geniusze zła nie sprawdzają nawet dokładnie pracowników laboratorium.

Te braki nie miałyby żadnego znaczenia, gdyby świat fantazji zbudowany wokół tej historii był zachwycający – tak, jak świat z Labiryntu Fauna. Ale nie jest. Nie dorasta mu do pięt.

Del Toro zapchał dziurę

Słyszałam opinię, że najmocniejszą stroną Kształtu wody jest jego idealna równowaga. Bo mamy tu i musical, i Piękną i Bestię, i dreszczowiec, i wątek kryminalny, i surrealizm, i odwołanie do roli kina vs telewizji, i motywy dotykające rasizmu, i kryzys ekonomiczny, i magię, i problemy artystów, i seks, i psychoanalizę, i biblijne symbole, i monster movie…

I wszystko to jest szarpnięte po 10 sekund tak, że ostatecznie nic konkretnie. Daje to co prawda swobodę interpretacji – bo można powiedzieć, że Shape of Water pokazuje, jak świat zmierza w złą stronę…

Ale to trochę tak, jakby powiedzieć, że Och, Karol to film o kryzysie męskości z antropologicznego punktu widzenia. No jak się chce, to można – tylko po co…?


Zdaję sobie sprawę z tego, że w obliczu 13 nominacji do Oscara – moja opinia o Shape of Water będzie raczej niepopularna. Chociaż doceniam walory filmu, to jednak pod wpływem licznych nagród i szumu wokół Kształtu Wody – nastawiałam się na więcej (lub inaczej). Oryginalność i rys autorski del Toro to wielkie zalety i wciąż dzięki nim Kształt wody jest filmem na 8+, ale do mojej 10 mu daleko. Do Labiryntu Fauna – również.



Oglądałeś Kształt wody? Masz inną opinię – porozmawiaj!