Moja najgorsza randka w historii – razy trzy

Moja najgorsza randka w historii – razy trzy

Podium w kategorii Tragiczna Randka

Przy okazji wpisu o najgorszych mężczyznach wypłynął inny temat – jak zła może być najgorsza pierwsza randka. Mnie osobiście beznadziejne randki nie zdarzały się często. Jestem szczęśliwa, bo nie miałam przypadków beznadziejnych.

Z wyjątkiem trzech koszmarków.

Moje najgorsze randki w historii – na podium staną trzy małe kataklizmy, które z perspektywy czasu są nawet zabawne. Na szczęście (moje i partnerów) spotkaliśmy się tylko raz i pewnie nie poznalibyśmy się na ulicy. Mam nadzieję, że Panowie ubawili się na tych randkach tak stokrotnie, jak ja!

A więc do boju – najgorsze randki w historii ujawnione!

najgorsze randki w zyciu


Łysy. Poznaliśmy się przypadkiem – a właściwie to on mnie poznał. Podszedł do stolika, przy którym siedziałam ze znajomym. Zaczął bajerować, że aż się dymiło: powinnam już wtedy wiedzieć, że testuje na mnie jakieś czary z kursu dla uwodzicieli. Średnio szło, średnio. Taki typ, przy którym czujesz się jak u boku Johnny’ego Bravo (Cześć, mała. Mówił ci już ktoś, że mam piękne oczka?)

Nadeszła czarna godzina, kiedy Łysy Johnny Bravo napisał do mnie wiadomość. Długo naciskał i do dziś nie jestem pewna, dlaczego zgodziłam się z nim umówić. Patrząc na to z perspektywy czasu – uważam, że to wynik krzywdzącego wpływu coachingu. Wiecie – Bądź aktywny! Spotykaj ludzi! Nie wybaczę sobie, że wtedy wyszłam z domu zamiast oglądać Rozmowy w Toku.

Trzeba wiedzieć, że w okresie tej randki byłam kobietą stateczną – związaną węzłem miłości. Dlatego zgodziłam się co najwyżej na spotkanie koleżeńskie, z błogosławieństwem nieślubnego męża. Okazało się niestety, że kolega Łysy miał problem nie tylko z włosami – uszy też mu niedomagały i totalnie przegapił część MAM CHŁOPAKA.

To mógł być moment, w którym zrozumiałam, że czasem możemy wypić piwo = och, zaczarowałeś mnie na śmierć.

Szkoda, że dopiero po ucieczce z miejsca zdarzenia pojęłam, że mój deklarowany związek oznaczał dla Łysego komunikat o wyzwaniu do walki. Ryzykowałam w tym eksperymencie tyle samo, co gladiatorzy na arenie.

Umówiliśmy się na piwo o 19:00. Spektakl (czy też cyrk) rozpoczął się dokładnie o 19:02, kiedy weszłam do sklepu po papierosy. Łysy oznajmił mi, że nie akceptuje kobiet palących tytoń. – Bardzo dobrze – pomyślałam – przynajmniej będę smrodem zaznaczać bezpieczny dystans. Szybko przekonałam się, że nie to miał na myśli.

Upadła mi zapalniczka. Puk, puk – odbiła się od bruku.

I zniknęła.

straszna randka

Tak to nie wyglądało…

Zabrał ją Łysy, który postanowił zmusić mnie szantażem do rzucenia nałogu. Powiedział, że jeśli będę palić, to on mnie natychmiast zostawi. Cóż – jak można się domyślić – nie był to najlepszy argument. Odpuścił, kiedy zauważył, że mnie nie przekonał. Weszliśmy do pubu:

Ja: Pójdę po piwo.
On: Nie no, ja pójdę. Ja! Daj spokój, ja pójdę. Jakie chcesz?
Ja: Mocne.
On: To daj 5 złotych.

Resztę wieczoru spędziłam tłumacząc, że sześć krzeseł przy stoliku jest po to, żeby nie musiał siadać razem ze mną na półtoraosobowej kanapie. Nie bawiłam się zbyt dobrze i jak grom z jasnego nieba spadła na mnie wiadomość, że mieszkamy w tej samej okolicy – więc możemy wracać tym samym autobusem… Najlepsze miało jednak nadejść.

Minęło około tygodnia, zdążyłam zapomnieć o Łysym. On jednak – wykorzystując informacje zdobyte na kursie korespondencyjnym Podrywacz Teoretyk – postanowił dokonać tzw. ewaluacji. Ostatnia wiadomość, jaką mi wysłał, brzmiała tak:

Wiem, że między nami nie zaskoczyło. Nie jestem z tego powodu zły, ale może powiesz mi dlaczego? Chętnie wykorzystam te informacje, by skuteczniej działać w przyszłości.


randka najgorsza w życiu

…ani nawet tak.

Miejsce drugie zajmuje historia kinomana, którego imienia – niestety – nie pamiętam. W ramach grupy dyskusyjnej poświęconej nowościom filmowym, umówiliśmy się na wspólne wyjście do kina. Nic lepszego, niż spotkanie dwójki ludzi, których znajomi nie chcą wydawać 95% przychodu na bilety do kina – układ idealny.

Życie napisało inny scenariusz.

Przepraszam, tym razem to ja będę tą złą. Kiedy spotkałam się z… Teofilem (powiedzmy, nadam mu tymczasowy kryptonim), szybko okazało się, że przebywanie sam na sam z inną istotą ludzką bywa strasznie krępujące. Dla niego – zaczerwienił się aż po uszy. A że Teofil był rudy, to miał prawdziwy talent do oblewania się rumieńcem.

Sytuacja stała się wręcz paląca, kiedy pan przy kasie popełnił błąd i to ja zapłaciłam za oba bilety. Starałam się załagodzić sytuację i obrócić wszystko w żart, ale gołym okiem można było zauważyć, że skrępowanie Teofila wkrótce poskutkuje samozapłonem. Z tego samego powodu niemal zupełnie utracił umiejętność mówienia.

Jakby tego było mało, Grand Budapest Hotel w parnym kinie zadziałał na mnie wybitnie usypiająco. Żeby być szczerą: nie jestem pewna, czy nie chrapałam. Po seansie ani ja nie byłam bardziej świeża, ani Teofil mniej skrępowany i dosyć szybko się pożegnaliśmy. Póki co, jeszcze nie wyszłam na człowieka brutalnego.

Kilka dni później. Teofil wysłał mi wiadomość z pytaniem, czy pójdziemy jeszcze do kina. A ja odpisałam mu, że niestety złamałam nogę. Na pytanie, czy może kiedy się wyleczę – że będę w gipsie przez długie tygodnie. A potem wyjeżdżam z miasta.

Sęk w tym, że ja naprawdę złamałam nogę. Zaraz przed obroną pracy dyplomowej i kiedy tylko mogłam, ewakuowałam się do domu rodziców.

Myślicie, że mi uwierzył…?


najgorsza randka w życiu

Dzięki borze, tak też nie.

Czas na zwycięzcę, absolutny lider w kategorii Najgorsza Randka w Ciemno. Dramat stulecia. Było warto – zapewniłam znajomym temat żartów na kilka miesięcy.

Miał na imię Janusz. Dobre, prawda? Janusz napisał do mnie na Facebooku i zagaił na temat naszego wspólnego osiedla. Zaczęłam z nim prowadzić rozmowę z braku laku. Co mi szkodzi, nie? Oczywiście, że na bieżąco informowałam koleżanki, jak się toczy dyskusja. Byłyśmy akurat na wakacjach. Przez tydzień dyskutowałam z Januszem na różne tematy. Tak, wiem, wpadłam w pułapkę autosugestii.

Pierwsza zasada randek w ciemno:
Zawsze. Oglądaj. Przynajmniej. Pięć. Zdjęć.

Janusz napisał do mnie, bo kojarzył mnie z parku obok naszych bloków. Wyprowadzał tam swojego czarnego amstaffa. Ja tam biegałam (dobra, to było sto lat temu!). Miał na FB jedno zdjęcie, trochę niewyraźne. Ale ciemne włosy, czarny groźny pies, mieszka po drugiej stronie ulicy i mijamy się w parku – kojarzę gościa. Sympatyczny i często się uśmiecha. Umów się – mówią wszystkie koleżanki.

Dogadaliśmy się na 17:00 w dniu mojego powrotu. Poprzedniego wieczora odpowiednio uczciłam koniec wakacji i poszłam spać o 4:00. Wstałam (oczywiście) świeża jak skowronek i o 5:00 wyruszyłam w podróż powrotną. Do 16:00 zdążyłam dojechać do mieszkania, rozładowałać cały majdan i wypocić 75 proc. alkoholu spożytego poprzedniego dnia. Moja motywacja – w przeciwieństwie do bólu głowy – stawała się coraz słabsza.

W międzyczasie Janusz zadeklarował, że po mnie przyjdzie i poprosił o adres.

JA: 17A. Tylko pamiętaj – A – bo to inny blok niż zwykłe 17.
ON: No przecież wiem, mieszkam tu całe życie.
JA: 17A to ten który stoi…
ON: Nie tłumacz mi, jak wygląda moje własne osiedle. Przecież trafię.

Skoro tak twierdzisz… Ku uciesze współlokatorki, jakoś przeżyłam mycie włosów, suszenie ich bardzo głośną suszarką i używanie eyelinera. 17:00. 17:03.

najgorsza randka w ciemno

Uff…

17:20 – przychodzi wiadomość.

ON: Dzięki, że otworzyłaś drzwi.
JA: …?
ON: Byłem, zadzwoniłem domofonem i twoja koleżanka powiedziała mi, że tam nie mieszkasz.
JA: Aha, czyli jednak nie wiesz, gdzie jest blok 17A.
ON: No to trudno.

NO TO TRUDNO. Rozumiecie to? Człowiek na kacu umył włosy, a on mówi, że trudno.

Przysięgam – No to trudno stało się od tamtej pory klasykiem wśród moich znajomych. Janusz po chwili zreflektował się, że może jednak przejdzie jeszcze raz dystans 300 metrów dzielących nasze bloki i zapuka do właściwej klatki. Z półgodzinnym spóźnieniem, zawitał pod moimi drzwiami człowiek, który zdecydowanie nie był ciemnowłosym właścicielem amstaffa. To znaczy – był. Tylko nie tym.

Okazało się, że Janusz wyjątkowo kocha swojego psa i wszystkie zwierzęta w okolicy – to mu się chwali. Po tym spotkaniu znałam historię medyczną każdego jamnika na osiedlu (pies pani z naprzeciwka złamał kręgosłup i od tamtej pory nie trzyma moczu). Porozmawialiśmy też o tym, że Kielce są na Śląsku (nie dał się przekonać, że jest inaczej) i o tym, że gdyby pieniądze rosły na drzewach, to ludziom żyłoby się lepiej. Po jakichś 10 minutach tej randki – która wlokła się niemiłosiernie – usłyszałam dziwne hałasy w zaroślach, obok których przechodziliśmy. Wierzcie mi lub nie, ale z krzaków obserwowali nas koledzy Janusza z drużyny piłkarskiej. Średnia wieku: 12.

Brawo Janusz. Przynajmniej raz ci się udało.