Starość to najgorszy czas w życiu

Starość to najgorszy czas w życiu

Dziś rano jest pięknie. Mroźno, co tutaj przecież rzadko się zdarza.

Siedzę w tej kawiarni pośrodku parku, gdzie zawsze jest zimno i światło wpada przez olbrzymie okna. Lubię to miejsce, ale rzadko przychodzę, bo zaraz obok jeziora nie ma WiFi i nie mogę pracować.

Dzisiaj nie muszę nic robić. Szarpię się tylko z wnętrznościami i prawie wypruwam sobie mózg – planując co zrobić, żeby coś zrobić. Jutro. Jest sobota rano.

A vis a vis siedzi Pan.

Dziś rano jest pięknie. Mroźno, co tutaj przecież rzadko się zdarza. A jak jest zimno, to jest i słonecznie – co zdarza się przecież jeszcze rzadziej. Jestem zdania, że organizm potrzebuje przemarznąć, poodychać zimnym powietrzem, zwłaszcza w taką słoneczną pogodę. Nie jestem pewna, czy na Anglików też tak to działa, ale polskie ciało potrzebuje chwili zimna. Bez tego nie rozpocznie nowego cyklu rocznego. Co prawda o mrozach trochę wstyd tutaj mówić – kiedy w Polsce -30, a ja ciągle widuję tych bardziej szalonych w japonkach. Jednak temperatura poniżej zera działa jak naturalna krioterapia, odżywczo. Zwłaszcza kiedy szczęśliwie skończyłam już nastoletnie czasy i mogę bez wstydu zaakceptować porządne owinięcie się ubraniami.

Ten Pan jest trochę po 50-tce. Bawi się suwakiem rowerowej bluzy, gryzie tosta, patrzy za okno. Czasem nasz wzrok się spotyka. On siedzi, ja bazgram. Co myślimy o sobie nawzajem? Nie dowiem się, bo Pan wyciera z palców resztki tostowych okruchów i wychodzi. Widzę go jeszcze na zewnątrz, jak dokładnie zapina rękawiczki, wsiada na górski rower i odjeżdża.

Jego miejsce nie pozostaje wolne zbyt długo, przyjeżdża inny Pan. Jest dużo starszy – ma pokaźną siwą brodę. Na pewno mógłby być moim dziadkiem. Zamawia kawę, zdejmuje całą ochronną odzież i wyciąga spod kurtki aparat fotograficzny. Jego mini składany rower błyszczy w ostrym słońcu na zewnątrz. Przechodzi mi na myśl kobieta z basenu, a umysł na chwilę przyćmiewa cień przerażenia. Czy muszę się zestarzeć, żeby osiągnąć ten stan?

Trochę rozczarowana sobą, a trochę natchniona nim, wracam do przeglądania papierów.

Istnieje teoria, zgodnie z którą obserwowana osoba w pewnym momencie podnosi wzrok, przyciągnięta cudzym spojrzeniem. Ja podnoszę dokładnie wtedy, gdy Pan z naprzeciwka robi mi zdjęcie. Zawstydzona i zmieszana – jak to ja – kładę uszy po sobie i udaję, że mnie tam nie ma. Znam go z widzenia, nie jest tajnym agentem, czasem siedzi na ławce i robi zdjęcia ptakom i wiewiórkom. On już zajął się rozmową ze starszą kelnerką, z którą chyba się kumpluje.


Siedzę w tej restauracji, gdzie zawsze jest zimno i takie ładne światło. Pan już pojechał na swoim rowerze, będzie znowu jutro. Tak mówił, ale mnie tu jutro nie będzie – bo będę bardzo zajęta swoją pracą i obowiązkami. Co z tego, że to niedziela. I tak do następnej soboty. Ciekawe, ile różnych rzeczy zrobi w tym czasie Pan na emeryturze.

Chodzę do biura, zażywam witaminę D jako suplement słońca. Obliczam czas pozostały do tego szczególnego dnia, kiedy wyjdę z pracy, a tam wciąż będzie jasno. Kombinuję w dziwnych konfiguracjach, by upchnąć życie w kilku godzinach po pracy i jednym dniu weekendu, którego nie poświęcam na spychanie tego, czego nie upchnęłam. Piję dziurawiec w ilości, która wystarczyłaby spokojnie do naćpania całego oddziału leczenia depresji. Szarpię się jak kot, który przypadkiem wylądował w przeręblu.

Tymczasem Pan idzie mroźnym rankiem na rower, zrobi sobie zdjęcie ptaka i nieświadomej niczego panny na tle okna. Wypije kawę, popatrzy na staw, pogada ze znajomą. Mówią, że starość to najgorszy czas w życiu, a mnie tam się wydaje, że on jest bardziej żywy ode mnie.

A kto mi broni brać z niego przykład?