Wiszę na kołku i czekam

Wiszę na kołku i czekam

aż wyjdę ze strefy komfortu

Niedawno ze zdumieniem odkryłam, że odwiesiłam się na kołek i tam czekam – w zawieszeniu. Mam taki plan, żeby mniej planować, a więcej robić. W ogóle, przy całej mojej miłości do kalendarza, mam ochotę rzucić go w kąt. Chyba ogarnęła mnie lekka obsesja.


Czy człowiek może coś osiągnąć bez rozpisanego i wyznaczonego celu? Ostatnio najczęściej słyszę, że nie. Przestrzega się nas przed dryfowaniem: to takie niebezpieczne, marnujesz czas, zmierzasz donikąd! A ja mam problem, bo nie mam celu. Chętnie bym coś zaplanowała, ale nie mam co. Tymczasowo nie kieruję się w stronę żadnego konkretnego osiągnięcia. W efekcie siedzę nad otwartą stroną notatnika i usiłuję wymyślić, czym zapełnić sobie czas i co użytecznego zrobić w tym miesiącu.

powolne życie

Potem tworzę plan i próbuję się go trzymać, ale najprędzej w połowie miesiąca dopada mnie silne poczucie, że to wszystko jest bez sensu. Że zapycham swój dzień i głowę jakimiś przypadkowymi czynnościami, które niby dobrze wyglądają (nauka, joga, czytanie), ale jakieś takie są… bezduszne. Coraz rzadziej też udaje mi się odhaczać kwadraciki przy zaplanowanych działaniach.

Poszłam na całość, zrobiłam coś ekstremalnego.

Pojechałam na wakacje i nie wzięłam kalendarza. Wierzcie mi lub nie, ale to był chyba pierwszy raz od lat, kiedy nie miałam swoich planów przy sobie. Ostatnio w Grecji przynajmniej jakieś notatki na temat robiłam. A tym razem totalna olewka. I już w samolocie zaczęłam myśleć bardziej z sensem. Może to kwestia zmiany klimatu i ucieczki od tego miejskiego pędu – ale czy od swoich myśli można uciec…? Chyba nie, więc wygląda na to, że zostawienie planera zadziałało.


Do jakiegoś poziomu zaczęłam bać się inspirować.

Tak, jak dziecko boi się nawet zimnego piekarnika, kiedy pierwszy raz oparzy się gorącym. To jest ten impuls dzięki któremu kojarzymy groźne rzeczy z uczuciem bólu – i ich unikamy. Zaczęłam się obawiać, że te smaczne, inspirujące, piękne, kreatywne doświadczenia mnie zabolą. Bo ja jestem w biurze, bo jestem w pracy, bo muszę ugotować obiad, bo pieniądze, bo czas. BO.

A może zaczęłam się bać, że pod ich naciskiem prędzej czy później będę musiała coś zmienić?

Kojarzy mi się z wytartym pojęciem strefy komfortu. Najgorsze jest to, że sięgnięcie czegoś lepszego wymaga najpierw wyciągnięcia ręki. A w moim przypadku – jeszcze przedtem – lęku, że nie dosięgne, albo (co nawet lepsze) płaczu, że nie mam, zamiast radości, że wystarczy chwycić i mieć.

Dzisiaj spojrzałam na swój kalendarz i poczułam taki impuls, żeby wszystko, co tam zapisałam, zrobić TERAZ. Tak na raz, od tak. Chyba to zrobię, bo już nie mogę dłużej czekać.


Mój plan na maj to nie odkładać.